Filtrowanie wszystkich postów po tagu "domowe oszczędności." Wyczyść filtr

Co jest lepsze: zakup za gotówkę czy może rozłożenie kosztów na raty? Dziś często możemy natknąć się na oferty rat 0%, które wydają się całkiem kuszącą perspektywą. Przynajmniej z punktu widzenia finansowego.

Jak zatem przedstawia się bilans zysków i strat rat 0% w porównaniu z jednorazowym zakupem za gotówkę?

Koszt psychologiczny a zysk psychologiczny

Choć nieoprocentowane raty mogą nie nieść żadnych dodatkowych kosztów finansowych, to nakładają na nas pewien koszt psychologiczny. W momencie, gdy decydujemy się na zakup ratalny, bierzemy na siebie długoterminowe finansowe zobowiązanie. Mamy do spłaty dług – nie dla każdego będzie to komfortowa sytuacja.

Ale jest też druga strona medalu. Mówiąc o rozkładaniu zakupów na raty nie sposób nie wspomnieć o niezwykle istotnej korzyści psychologicznej (i jednocześnie finansowej) – poczucia bezpieczeństwa wynikającego z większej płynności finansowej.

Na czym to polega? Gdy kupujemy za gotówkę jednorazowo pozbywamy się dużej kwoty z portfela. Tracimy możliwość, by po te pieniądze jeszcze kiedykolwiek sięgnąć, na przykład w jakiejś kryzysowej sytuacji.

W przypadku zakupu ratalnego rzecz ma się inaczej. Na koncie zostaje nam cała kwota, a co miesiąc pozbywamy się tylko 1/24 tej sumy (w przypadku rat na dwa lata). Mamy więc solidny zapas gotówki cały czas pod ręką, na wypadek jakichś nieprzewidzianych sytuacji.

Ważne jednak, by te pieniądze traktować dokładnie na takich samych zasadach jak fundusz awaryjny. Nie finansujemy z nich bieżącej konsumpcji – to środki wyłącznie służące nam do zapewnienia finansowej poduszki bezpieczeństwa.

Mniejsza zdolność kredytowa a lepsza historia kredytowa

Gdy ubiegamy się o kredyt, w jakiejkolwiek formie – gotówkowy, kartę kredytową czy kredyt hipoteczny – w formularzu zawsze znajduje się pytanie o wysokość naszych regularnych miesięcznych zobowiązań wynikających z innych kredytów, czy właśnie rat.

Jeżeli kupiliśmy coś na raty i nadal ten zakup spłacamy, to w takim wniosku kredytowym tę informację należy uwzględnić. I ta informacja ma swoją wagę – zostanie ona uwzględniona przy obliczaniu naszej zdolności kredytowej. A im więcej i im większe są nasze dotychczasowe miesięczne obciążenia, tym mniejsza będzie nasza zdolność kredytowa.

Ale tu znów jest też druga strona medalu, którą należy mieć na uwadze. Bo raty mają nie tylko wyłącznie negatywny wpływ na procedurę ubiegania się o kolejny kredyt. Jest też wpływ zdecydowanie pozytywny – budowanie wiarygodności kredytowej.

Jeżeli robiliśmy zakupy ratalne, a miesięczne płatności zawsze wykonywaliśmy w terminie, to dla banku jest to bardzo ważna informacja. To znak, że jesteśmy wiarygodnymi i rzetelnymi kredytobiorcami.

Osoby, które mają dobrą historię spłacania rat będą przez bank lepiej oceniani niż ci, którzy nigdy w życiu nie mieli żadnej formy zadłużenia.

Jeżeli w ciągu kilku najbliższych lat rozważać ubieganie się o kredyt, na przykład hipoteczny, to warto wziąć pod uwagę rozłożenie niektórych większych zakupów, które miałyby miejsce w międzyczasie, na raty (najlepiej 0%). Wpłynie to później pozytywnie na Twoją ocenę kredytową (oczywiście pod warunkiem regularnych spłat).

Utrata potencjalnych korzyści a oszczędności

Załóżmy, że dokładnie prześwietliliśmy warunki rat 0%. Faktycznie, nie ma żadnych odsetek, żadnych prowizji, czy innych dodatkowych kosztów. Czy oznacza to, że na pewno jest to najbardziej korzystny finansowo wariant?

Nie do końca! Musimy mieć na uwadze jeszcze co najmniej dwie rzeczy.

Po pierwsze, kto ma gotówkę – ten może negocjować.  Niewykluczone, że wykładając pełną kwotę na stół uda nam się przekonać sprzedawcę do udzielenia dodatkowego, kilkuprocentowego rabatu. Przy większych zakupach, a przy takich zazwyczaj rozważamy raty, zdecydowanie warto negocjować.

Po drugie, raty 0% mogą mieć inny ukryty koszt. Nie widzimy go, bo szukamy go w zapisach umowy. A tam faktycznie wszystko gra – żadnych dodatkowych opłat czy prowizji. Ale ten koszt może być zupełnie gdzieś indziej – może być już uwzględniony w cenie produktu, który kupujemy. Sklep, który oferuje rozłożenie ceny na raty 0% może mieć wyższe ceny, niż inny sklep, który takich rat nie oferuje. Zawsze warto porównywać ceny.

To koszty, ale są też zyski. Skoro kupując coś na raty nie pozbywamy się od razu całej kwoty, tylko oddajemy co miesiąc po trochu, to tę resztę możemy wykorzystać do generowania dla nas dodatkowych odsetek.

Jakiego rzędu mogą być to zyski? Niestety, raczej nie mówimy tu o dużych kwotach – ale w budżecie domowym przecież nawet małe oszczędności się liczą.

Załóżmy, że kupujemy coś za 1500 zł i rozkładamy to na raty 0% na dwa lata. Oznacza to, że co miesiąc musimy oddać 62,50 zł. Wkładamy całą tę kwotę na konto oszczędnościowe oprocentowane na 2,5% w skali roku.

Co miesiąc dzieją się trzy rzeczy:

  • od pozostałej kwoty odejmujemy kolejną płatność = 62,50 zł
  • dodajemy odsetki z poprzedniego miesiąca
  • przez kolejne 30 dni naliczamy odsetki od kwoty (kwota początkowa – rata + poprzednie odsetki)

Jaki jest wynik po 24 miesiącach? Odsetki wygenerowały nam dodatkowe 40 zł (uwaga: obliczenia bez uwzględnienia inflacji i podatku od zysków kapitałowych).

Podsumowując: mamy szereg plusów i minusów. Jak zwykle, zalecamy aby wszystkie założenia i obliczenia odnieść dla własnej indywidualnej sytuacji. 

Fot. Flickr / Sean MacEntee

Samochód to poważny wydatek. I chodzi nie tylko o jego zakup, gdzie kwoty mogą iść w kilkadziesiąt tysięcy. W ciągu kolejnych lat drugie tyle możemy wydać na samą eksploatację.

Czy te koszty da się obniżyć? Oczywiście!

A jest gdzie szukać oszczędności, bo użytkowaniu samochodu towarzyszy cały szereg wydatków. Paliwo, ubezpieczenia, serwis, środki eksploatacyjne, środki do pielęgnacji samochodu, myjnia, parkowanie… Każdej z tych kategorii warto się przyjrzeć.

Dziś analizujemy koszty związane z zakupem i zużyciem paliwa.

Tu mamy cały szereg działań, od bardzo radykalnych, po bardziej umiarkowane.

Tak naprawdę, o kosztach paliwa warto myśleć już na samym etapie zakupu samochodu. Tu zazwyczaj patrzymy na zużycie paliwa danego modelu. Tylko, że statystyki podawane przez producentów to jedno, a rzeczywistość to drugie. Na szczęście istnieją strony, polskie i zagraniczne, gdzie można znaleźć raporty zużycia paliwa od codziennych użytkowników danych samochodów. Warto się zapoznać z takimi statystykami.

Drugi wybór, przed którym staniemy, to model silnika. Pod względem pojemności jak i typu – diesel czy benzyna? Diesel będzie droższy, ale będzie mniej palił. Przyjęło się, że diesel bardziej opłaca się, gdy planujemy aktywnie korzystać z samochodu i pokonywać dłuższe dystanse. Wyższy koszt modelu z dieslem zwróci się dopiero po kilkudziesięciu tysiącach kilometrów (warto to sobie samemu policzyć biorąc pod uwagę różnicę w cenie i ceny paliw). Także sam napęd będzie się lepiej sprawował, jeżeli dystans typowej pojedynczej podróży będzie wyższy niż kilka kilometrów.

Można też pójść na całość i wybrać samochód z instalacją LPG (lub zamontować taką w swoim samochodzie).

Warto obserwować też ceny paliwa na różnych stacjach w swojej okolicy. Różnice bywają na tyle duże, że czasem warto nadłożyć kilka kilometrów, by zatankować istotnie taniej. W Trójmieście mamy własny, społecznościowo-aktualizowany raport o cenach na poszczególnych stacjach. Przypuszczam, że w każdym większym mieście znajdzie się podobny serwis.

Jaki typ paliwa tankować? Sam najczęściej odwiedzam stacje Shell, gdzie mam do wyboru dziewięćdziesiątkę-piątkę w dwóch typach: oszczędnej, z biododatkami i droższej, ale szlachetniejszej (obsługa reklamuje ją jako „bez zieleniny” :) ). Po przejechaniu kilkunastu tysięcy kilometrów na różnych typach benzyny, wnioski mam następujące: koszt przejechanego kilometra mam o 13,5% niższy, gdy korzystam z „oszczędniejszej” opcji. Pozostaję jednak z pytaniem: jaki to ma długoterminowy wpływ na silnik? Niewykluczone, że ta dzisiejsza oszczędność jutro odbije mi się czkawką.

No i jest jeszcze eco-driving, czyli zbiór zasad oszczędnej (i ekologicznej!) jazdy, które możemy zastosować praktycznie od teraz.

Jak jeździć ekonomicznie?

No to jedziemy! Ruszanie – pamiętaj, że „jedynka” służy tylko do ruszenia z miejsca. Jazda na pierwszym biegu dłużej niż przez pierwsze kilka metrów się nie opłaca.

Jak przyśpieszać – stopniowo czy dynamicznie? Być może wbrew powszechnej opinii, opłaca się to robić dynamicznie. Wciskaj pedał gazu do około 70% i dojdź szybko do obrotów, które umożliwią Ci zmianę biegu na wyższy. Lub do prędkości, którą chciałeś uzyskać.

Kiedy zmieniać biegi? Najbardziej opłaca się jechać na najwyższym możliwym dla danej prędkości biegu, przy najniższym rekomendowanym przez producenta zakresie obrotów. Tę wartość na pewno znajdziesz w instrukcji obsługi swojego samochodu. To ważne, aby nie przesadzać w żadną ze stron. Jazda na wysokich obrotach, choć przyjemna i dynamiczna, będzie nas potem sporo kosztować na stacji benzynowej. Zaś jazda na zbyt niskich obrotach będzie szkodliwa dla układu napędowego.

Jak hamować? W miarę możliwości hamuj silnikiem, o ile nie ma to wpływu na płynność ruchu na drodze za Tobą. Dlaczego to takie ważne? Hamowanie silnikiem (czyli noga z gazu, jazda na biegu i stopniowa redukcja wraz ze spadkiem obrotów) odcina dopływ paliwa do silnika. W przeciwieństwie do jazdy na sprzęgle lub luzie, gdzie jakaś porcja paliwa nadal jest pobierana.

Co jeszcze? Klimatyzacja – jeżeli oszczędzamy, to lepiej ją wyłączyć. Pozwoli to zaoszczędzić około pół litra na sto kilometrów.

Nie woź ze sobą niepotrzebnych gratów. Jazda z pełnym bagażnikiem przyczynia się do większego zużycia paliwa. Każde dodatkowe obciążenie w samochodzie sprawia, że przejedziemy mniej kilometrów na jednym tankowaniu. Warto sprawdzić co trzymamy w bagażniku i na tylnych siedzeniach i zostawić w domu/garażu to, czego nie potrzebujemy.

Dbaj też o utrzymywanie właściwego ciśnienia w oponach. Przy stacjach paliw można znaleźć darmowe kompresory, przy których można samodzielnie wyregulować ciśnienie w ogumieniu. To istotne, by na bieżąco kontrolować tę wartość – ciśnienie w oponach ma istotny wpływ na zużycie paliwa (nawet do 10%).

Fot. Flickr / stratman

Wchodzimy już z impetem w okres przedświątecznych zakupów. Grudzień to nigdy nie jest łatwy miesiąc dla naszych kont i portfeli, a okazji do wydawania pieniędzy jest aż zanadto.

Już teraz, dzięki badaniom różnych firm, możemy znaleźć w sieci różne szacunki co do tego, ile przeciętnie wydamy w tym roku przy okazji świąt.

I tak według szacunków Groupona, średnio na same prezenty świąteczne wydamy 486 złotych. Z kolei Deloitte jak co roku przeprowadziło własne badania planowanych wydatków i tu – biorąc pod uwagę wszystkie zakupy związane ze świętami – przeciętna polska rodzina wyda średnio 1 158 złotych na świąteczne przygotowania. I, co ciekawe, jest to kwota wyższa o 13% niż rok wcześniej. To o tyle interesujące, że na ten wzrost wydatków w tym roku minimalny wpływ mogła mieć inflacja. Wygląda więc na to, że to my sami decydujemy, że święta 2014 będą nieco bogatsze.

Źródło: Brief.pl

Blisko 500 zł na prezenty, 1 150 zł na wszystkie świąteczne przygotowania. Jakkolwiek by na te kwoty nie patrzeć, to są to całkiem duże pieniądze. I mimo, że „przeciętny Polak” zamierza wydać na te święta więcej niż przed rokiem, to my przecież wcale nie musimy podążać za tym trendem. Nie musimy nadwerężać naszego portfela na święta, wręcz przeciwnie – mamy teraz okazję ku temu, by dużo zaoszczędzić. A co najlepsze, to wcale nie oznacza, że pod choinką będzie mniej prezentów lub będą one mniej okazałe.

Możemy wydać dużo mniej, kupując dokładnie to samo! Trzeba tylko wszystkie zakupy zaplanować wcześniej i porównać ceny.

Właśnie teraz w internecie pojawiają się kolejne świąteczne „poradniki prezentowe”. Taki też, jak co roku, przygotował serwis The Verge. I to jest istna skarbnica wiedzy o tym, jak bardzo cena tego samego produktu może różnić się między dwoma sklepami. Spójrzcie choćby na przykład tego zestawu klocków Lego Star Wars.

Tu cena z Amazonu:

A tu ten sam zestaw na stronie Lego:

136 dolarów na Amazonie i 109 dolarów na stronie producenta. 25% różnicy. Mówiąc w olbrzymim skrócie: jedno kliknięcie decyduje o tym, czy przepłacimy za dany produkt aż o jedną czwartą!

To doskonale ilustruje, jak duże możliwości mamy, jeżeli chodzi o kontrolowanie naszego świątecznego budżetu.

A do tego wcale nie trzeba patrzeć na zagraniczne serwisy, robić zakupów w Amazonie, ani nawet robić zakupów przez internet. W sklepach stacjonarnych różnice w cenie różnych zakupów świątecznych też mogą być ogromne. I to nawet w obrębie jednej galerii handlowej!

Świetne porównanie przygotował tu serwis Pieniądze.Gazeta.pl.

Powołując się ponownie na raport Deloitte, naszym bliskim najchętniej na prezent kupimy książki, kosmetyki, perfumy i słodycze. No to zobaczmy jak na przykładzie perfum mogą wyglądać różnice w cenach. Gazeta porównała ceny szarego Hugo Bossa między perfumerią Douglas, a siecią SuperPharm. Jaką obstawiacie różnicę? 30 złotych, 50…? No może maksymalnie 100 złotych? Nie – dużo więcej!

Cena w Douglasie to 479 zł, a w SuperPharm 199,99 zł. 279 zł różnicy, ponad dwa razy mniej!

Zdecydowanie polecam zapoznanie się z pełnym zestawieniem. To naprawdę otwiera oczy i pokazuje jakie mamy możliwości do zaoszczędzenia pieniędzy w tym trudnym dla portfela okresie :).

Tylko niestety dla nas – konsumentów, nie ma tu żadnej reguły. Nie jest tak, że w Amazonie jest zawsze drożej niż na stronach producentów. Nawet w tym samym poradniku prezentowym z The Verge znajdziemy przykłady, gdzie to właśnie Amazon daje najlepszą cenę. Nie jest też tak, że w Tesco czy w dyskoncie zawsze będzie taniej niż w sklepach innych sieci.

Wszystko musimy sprawdzić sami – patrząc na ceny konkretnych produktów w konkretnych sklepach. Okazji do zaoszczędzenia nawet kilkuset złotych jest mnóstwo. Musimy tylko dać sobie czas, by móc te ceny w różnych sklepach porównać. Ostatnie kilka godzin przed Wigilią z pewnością nie wystarczy, dlatego „choinkowe” zakupy warto zacząć dużo wcześniej. W ten sposób oszczędzimy nie tylko pieniądze, ale też oszczędzimy sobie stresu i pośpiechu, które są nieodłącznie związane z robieniem zakupów na ostatnią chwilę.

Fot. Flickr / dave416

Oszczędzanie pieniędzy często wymaga włożenia w to przedsięwzięcie wysiłku i pracy. Skrupulatne prowadzenie domowego budżetu, pamiętanie o tym, by zawsze chodzić do sklepu z listą zakupów i dbanie o to, by zawsze brać rachunek przy kasie. Trzeba mieć całkiem sporo rzeczy na uwadze i – przynajmniej na początku – może wydawać się to trochę deprymujące.

Ale nie warto się zniechęcać! Nie trzeba zaczynać od wdrażania w życie jednocześnie wszystkich przepisów na racjonalne zarządzanie finansami. Na samym blogu Kontomierza jest ponad 500 wpisów na ten temat! Zamiast tego, warto zacząć od małych kroków. Takich, które będą działać „automatycznie” lub niemal niezauważalnie dla Twojego codziennego życia. A kwota na koncie oszczędnościowym i tak będzie przyrastać!

Zautomatyzuj swoje oszczędzanie

Najprościej jest po prostu zautomatyzować odkładanie pieniędzy na osobne konto. Jeżeli wiesz, którego dnia miesiąca na Twój ROR wpływa pensja, ustaw na kilka dni później automatyczny, cykliczny przelew na konto oszczędnościowe. Nie musisz zaczynać od dużych kwot. W pierwszych miesiącach odkładaj po 50 czy 100 zł i spróbuj przeżyć resztę miesiąca za pozostałą kwotę.

Jeżeli się udało, to w przyszłym miesiącu postaraj się odłożyć trochę więcej. Małymi krokami do przodu.

Oszczędzaj podwyżki i premie

Zakładając, że masz tyle szczęścia, że otrzymujesz takie bonusy – staraj się utrzymywać swój budżet na takim samym poziomie, co wcześniej. Czyli taką otrzymaną nadwyżkę w całości oszczędzaj. Ale oczywiście nie chodzi o to, by cały czas żyć na poziomie swojej pierwszej pensji. To, co całkiem fajnie działa, to planowanie swojego budżetu „o jedną podwyżkę do tyłu”. Czyli jeżeli dziś pracodawca zwiększy mi pensję, to cała nadwyżka pójdzie na oszczędności.  A gdy za jakiś czas znów otrzymam podobną dobrą wiadomość, to pozwolę sobie na większe wydatki w domowym budżecie – ale tylko do wysokości „poprzedniej” pensji.

Zapisujesz swoje wydatki? Zaokrąglaj je w górę

Wydałeś 36,40 zł podczas ostatniej wizyty w osiedlowym sklepie? Zapisując to sobie w notesie wydatków wpisz kwotę zaokrągloną w górę. Do pełnych złotówek lub nawet do pełnych piątek.

Na koniec miesiąca przelej różnicę między kwotami zapisanymi a faktycznie wydanymi na konto oszczędnościowe.

Używaj tylko banknotów

Płacisz gotówką? Korzystaj jedynie z banknotów. Jeżeli w sklepie wydano ci w monetach, to cały bilon wrzucaj w domu do przeznaczonego na to słoika. Można też być mniej radykalnym i założyć sobie, że zachowujemy tylko dwójki i piątki, a wszystko poza tym ląduje w słoiku.

Choć naturalnie, warto na wszelki wypadek mieć ze sobą kilka monet – na parkomaty lub bilety kupowane w autobusie.

Utrudnij sobie dostęp do oszczędności

Załóż sobie konto oszczędnościowe lub lokaty w innym banku, niż twój główny. Dzięki temu nie będziesz widzieć tych pieniędzy, co zaoszczędzi ci ewentualnych pokus. Jeżeli bank zaoferuje ci kartę do konta oszczędnościowego – nie bierz jej. Im trudniejszy masz dostęp do oszczędności, tym lepiej dla nich.

Używaj 20% mniej

„20% mniej” to trochę abstrakcyjna wartość, ale oznacza ona po prostu „trochę mniej niż zwykle”. Używaj „trochę mniej niż zwykle” takich produktów jak płyn do naczyń, płyn do płukania, płyn do kąpieli, syp do herbaty trochę mniej cukru a do potraw trochę mniej soli. I na pewno znajdziesz u siebie w domu jeszcze szereg produktów, na których można zaoszczędzić właśnie w ten sposób.

Fot. Flickr / torugatoru

Ogólne Strategie zakupowe: Jak mądrze wydawać pieniądze?

  • 22 listopada 2014
  • Krzysztof Sobolewski
  • 7 comments

Oszczędzanie to nie tylko tamowanie wycieków z portfela, szukanie najlepszych lokat i inwestycji. To także rozsądne, przemyślane wydawanie pieniędzy.

To zdumiewające ile można zaoszczędzić jeżeli tylko ograniczy się impulsywne zakupy, a zacznie się kupować tylko to, co naprawdę potrzebne. Bez podążania za modą, bez oglądania się na znajomych – a jedynie kierując się własnym rozsądkiem i potrzebami.

Jak sprawić, aby te wydatki faktycznie były przemyślane? Warto aby nasz „proces decyzyjny” obejmował te trzy kroki:

Daj sobie czas na zastanowienie

Przede wszystkim potrzebny jest czas, byśmy w ogóle mieli kiedy te zakupy przemyśleć. Zbyt często podejmujemy decyzje pochopnie. Od drobnych decyzji zakupowych, gdy wybieramy co włożyć do koszyka (takie drobne decyzje też mają wpływ na domowe finanse!) i czasami nawet aż po większe zakupy na kilkaset, czy nawet kilka tysięcy złotych.

Czas to najlepszy sojusznik w walce z impulsywnymi zakupami i mniejszymi i większymi zachciankami. Cierpliwość popłaca.

Czas jest też pomocny w innej sprawie. Odkładając zakup z „teraz” na „później” dajemy sobie szansę na skorzystanie z obniżek, promocji i wyprzedaży. Na przykład teraz wchodzimy w okres, gdzie możemy sporo zaoszczędzić (w wybranych kategoriach produktowych, przede wszystkim w elektronice): 28 listopada przypada Black Friday, a w kolejny poniedziałek Cyber Monday. Korzystają na tym przede wszystkim klienci z zagranicy, ale i w Polsce można coś na tym ugrać (np. kupując w Amazonie lub sklepie Apple; a i być może niektóre polskie sklepy „obchodzą” to wyprzedażowe święto).

Szukaj tańszych opcji

Zwłaszcza przy droższych zakupach zawsze warto zbadać rynek i poszukać najtańszej dostępnej oferty. I wcale nie zawsze musi to oznaczać zwiedzanie każdego sklepu w okolicy. Dobrą pomocą są dla nas w tym przypadku internetowe porównywarki cen. Warto przeszukać takie serwisy jak Ceneo czy Skąpiec w poszukiwaniu produktu, który chcemy kupić.

Nawet jeżeli nie zdecydujemy się na zakupy za pośrednictwem tych porównywarek, to na pewno zyskamy jakieś rozeznanie w kwestii cen i tego, co faktycznie można uznać za korzystną ofertę.

Naturalnie, do cen należy podchodzić z pewnym dystansem. Nie zawsze najtańsza oferta będzie dla nas najkorzystniejsza. Gdy coś jest zbyt tanie, by było prawdziwe, to jest duże ryzyko, że to przekręt.

O tym jak łatwo dać się oszukać pokazuje historia sprzed ostatnich kilku dni. Sklep internetowy oferujący markową odzież okazał się być jednym wielkim oszustwem. Autorzy przekrętu zdążyli przez tylko trzy tygodnie swojej działalności wyłudzić ponad 400 tysięcy złotych!

I jeszcze jedna rzecz! Szukanie tańszych opcji to nie tylko porównywanie ofert w sklepach. Czasami oznacza to również decyzję „nowy czy używany?” Tu też jest pole do dużych oszczędności. Kupowanie „używek” oznacza jednak też więcej naszej pracy – przy weryfikacji sprzedającego jak i samego produktu.

Zobacz jak jeszcze możesz zaoszczędzić na zakupach online

Sprawdź swój budżet

Kolejnym podstawowym pytaniem, które jak najbardziej warto sobie zadać jest „czy mnie w ogóle na to stać?” I to jest moment, w którym trzeba zajrzeć do swojego domowego budżetu i to właśnie tam poszukać odpowiedzi na to pytanie.

Oto kilka sygnałów ostrzegawczych, które mogą podpowiadać, że dany zakup jest niewskazany (przede wszystkim chodzi o „duże” zakupy):

  • musisz ten zakup sfinansować kredytem
  • zakup będzie oznaczał dla ciebie kolejne zadłużenie na karcie kredytowej
  • nie uwzględniłeś tego wydatku w swoich planach finansowych, jest to coś, co pojawiło się niedawno
  • nie zbudowałeś jeszcze funduszu awaryjnego, który dawałby ci odpowiednie poczucie bezpieczeństwa finansowego
  • po tym zakupie skończysz miesiąc „na minusie”

Fot. Flickr / danielfoster437

W tygodniu bywam w sklepie spożywczym cztery, może pięć razy. To typowe, „codzienne” zakupy i raz na kilka dni wizyta w hipermarkecie po jakieś większe zapasy. Rachunki z tych miejsc miesiąc w miesiąc stanowią jedną z najbardziej istotnych części mojego budżetu. Tuż po wydatkach stałych związanych z mieszkaniem i rachunkami za media.

Jeżeli coś ma tak znaczny udział w domowym budżecie, to znak, że na pewno musi być tu pole to równie istotnych oszczędności.

I tak jest w istocie. Na wizytach w sklepach i hipermarketach możemy sporo zaoszczędzić. Jest na to co najmniej kilka sposobów.

Warto zdać sobie sprawę, że w sklepach rzadko kiedy cokolwiek jest przypadkowe. Począwszy od ułożenia towaru, przez układ alejek, po towarzyszącą zakupom muzykę – wszystko jest ściśle zaplanowane, szczególnie w hipermarketach i dużych, sieciowych sklepach. To efekt pracy psychologów i marketerów, który ma nas skłonić do jednego – do wydawania więcej (niż planowaliśmy).

Szczególne nasilenie tych technik będziemy mogli zaobserwować już za moment – podczas okresu przedświątecznego. To wtedy duże sklepy notują największe obroty, toteż sięgną po każdy trik z podręcznika marketingowca tylko po to, byśmy włożyli do koszyka więcej niż chcemy.

No dobrze, może trochę to przejaskrawiam, tym niemniej warto mieć świadomość niektórych technik, na które możemy się natknąć podczas wizyty w sklepie.

Przez co wydajemy więcej?

Układ sklepu. Ułożenie towarów w sklepach nie jest przypadkowe. Przy wejściu zazwyczaj znajdziemy towary sezonowe i promocyjne. Towary „pierwszej potrzeby”, takie jak na przykład pieczywo, kupimy na końcu sklepu, bo w ten sposób w drodze będziemy mieć okazję by natknąć się na szereg innych towarów. I być może akurat „przypomni się” nam, że akurat czegoś jeszcze potrzebujemy.

Miejsce na półce. Sklepy nie poprzestają na kierowaniu ścieżkami, po których podążamy między alejkami. Ważne jest też po jakich ścieżkach wędruje nasz wzrok. Na wysokości oczu ułożone są bowiem towary, które handlowcy chcą sprzedać w pierwszej kolejności. To, czego my – jako klienci – możemy faktycznie potrzebować, często jest układane na dolnych półkach, poza zasięgiem „pierwszego rzutu oka”.

Wózek. Najczęściej w jednym słusznym rozmiarze – bardzo dużym. Niewielkie, codzienne zakupy włożone do takiego wózka wyglądają skromnie. Wyzwala to w nas wrażenie, że może kupiliśmy czegoś za mało lub o czymś zapomnieliśmy.

Z tymi i innymi technikami możemy walczyć. Jako konsumenci też mamy szereg metod, które pomagają nam przeciwstawiać się zakusom na zawartość naszych portfeli.

Jak wydawać mniej na zakupach?

Zakupy z listą. To pierwsza i najważniejsza zasada.  Nie ma sensu ganiać godzinę po sklepie i po drodze „przypominać sobie” o kolejnych potrzebnych rzeczach do domu. Ale lista to nie tylko oszczędność czasu. To przede wszystkim oszczędność pieniędzy – konsekwentne trzymanie się własnego planu pomaga nam kupić tylko to, czego naprawdę potrzebujemy i nie wydać ani złotówki więcej.

Nie warto jeździć na małe zakupy do hipermarketu. W ten sposób zwiększamy ryzyko, że kupimy za dużo.

Mądre korzystanie z promocji. Nie ma sensu demonizować promocji i twierdzić, że to jedynie sposób na wyciagnięcie od nas pieniędzy. Od czasu do czasu w przecenie jest towar, którego potrzebujemy – warto skorzystać z takiej okazji. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy promocja staje się dla nas pretekstem do kolejnych zakupów – na przykład, gdy wybieramy się do sklepu skuszeni promocją z gazetki, a „przy okazji” kupujemy cały szereg innych rzeczy w cenach, które wcale nie muszą być dla nas korzystne.

Zakupy często robimy w pośpiechu. A tu przecież tak bardzo przydaje się chwila na zastanowienie! Chłodna refleksja i pytanie „czy naprawdę tego potrzebuję?” to sprawdzony sposób na oszczędności.

Jeżeli zakupy, to tylko z pełnym żołądkiem... Dlaczego? Bo uczucie głodu sprawia, że kupujemy więcej. I że stołujemy się w restauracjach lub, co gorsza, w fast foodach w centrum handlowym. A to kolejne wydatki, poświęcony czas (połączony z jedzeniem w pośpiechu). Nie wspominając już o złej diecie.

... ale z pustym portfelem. Planowanie dużych zakupów tuż po wypłacie to też często zły pomysł. Mamy wtedy poczucie, że stać nas na więcej – więc kupujemy więcej. Czasem więcej niż byśmy chcieli czy potrzebowali, co oznacza dla nas po prostu niepotrzebny wydatek.

Fot. Flickr / Michalel W. May

Ogólne Czy warto trzymać gotówkę w domu?

  • 29 października 2014
  • Krzysztof Sobolewski
  • 10 comments

Choć może trafniejszym pytaniem powinno być „czy gotówka powinna być częścią twojego funduszu awaryjnego?” O takim funduszu na nieprzewidziane wydatki piszemy regularnie, gdyż jest to jeden z podstawowych składników zdrowych, zrównoważonych finansów domowych.

Ideą funduszu awaryjnego jest to, byśmy byli – przynajmniej częściowo – finansowo przygotowani na różne niespodziewane sytuacje, które wymagają od nas jakiegoś finansowego zaangażowania. Czyli chcemy być możliwie gotowi na różne niekorzystne scenariusze.

A jaki jest najczarniejszy scenariusz? Potrzebujemy pieniędzy szybko, nagle, a zapłacić musimy gotówką lub nie mamy dostępu do pieniędzy z konta (bo system transakcyjny nie działa, bankomat ma awarię itp.) Różne rzeczy mogą się wydarzyć.

Zatem jeżeli chcemy być przygotowani i na taką ewentualność, to przyda nam się gotówka.

Plusy gotówki w funduszu awaryjnym:

Spokój i poczucie bezpieczeństwa. Fundusz awaryjny może być też ratunkiem w przypadku kryzysu finansowego – takiego ogólnokrajowego, nie ograniczonego jedynie do naszego prywatnego portfela. Wprawdzie według prowadzonych ostatnio stress testów nasze banki nie powinny mieć problemów z wypłacalnością, no ale kto wie jak będzie wyglądać ich sytuacja gdy dojdzie do prawdziwego runu na banki. Wówczas ci, którzy posiadają przynajmniej część oszczędności w gotówce, będą mieli przewagę nad innymi. Natomiast ci, którzy wszystkie swoje pieniądze powierzyli bankom, będą w znacznie trudniejszej sytuacji.

Gotówka nie przypomina o sobie tak często jak stan konta w serwisie transakcyjnym. Z pieniędzmi w funduszu awaryjnym jest tak, że lepiej w ogóle nie pamiętać, że takie środki mamy. Przypominać o nich możemy sobie tylko w chwili, gdy są naprawdę potrzebne – w sytuacji podbramkowej. Jeżeli oszczędności w gotówce mamy schowane w jakiejś kasetce ukrytej gdzieś w mieszkaniu, to tym lepiej dla nas. Zupełnie inaczej niż trzymanie pieniędzy na koncie oszczędnościowym opisanym jako „fundusz awaryjny”. Wtedy przy każdym logowaniu do banku widzielibyśmy te pieniądze i musielibyśmy walczyć z pokusą podebrania kilku złotych z funduszu („przecież za miesiąc _sobie_ to oddam”).

Dostępność w każdej chwili. Z gotówką nie jesteśmy uzależnieni od kaprysów bankomatów czy serwisów transakcyjnych. Mamy też pewność, że jest to środek płatniczy akceptowany w każdym punkcie sprzedaży.

Ale są też minusy:

Środki w gotówce nie są oprocentowane. Teraz, gdy mamy deflację, to właściwie nie powinno być problemem. Nasze oszczędności, mimo że w gotówce, nie będą tracić na wartości. Ale taki stan nie będzie trwał wiecznie i prędzej czy później gotówka będzie przegrywać z inflacją. Poza tym jest to też koszt utraconej korzyści – nawet jeżeli nie tracimy (bo jest deflacja) to też nie zarabiamy tych kilku procent rocznie, które moglibyśmy zarabiać gdyby pieniądze leżały na przykład na koncie oszczędnościowym.

Gotówkę można ukraść. A potem niemal niemożliwe jest namierzenie jej. W takim, skrajnie negatywnym przypadku, włamanie do mieszkania może skutkować nie tylko utratą dobytku, ale także części oszczędności życia.

To jaką część funduszu awaryjnego trzymać w domu w gotówce?

Bo przecież chyba nie wszystko…?

Jeżeli zdecydowaliście się trzymać część środków „na czarną godzinę” jako gotówkę w domu, to trzeba się zastanowić też nad tym jaka to powinna być kwota. Gdy mowa o funduszu awaryjnym, to zalecamy aby – jako całość – obejmował on mniej-więcej kwotę trzymiesięcznych wydatków. To jest plan minimum, ale tak na dobrą sprawę możemy założyć, że taki typowy fundusz na nieprzewidziane sytuacje odpowiada kwocie od 3 do 6 miesięcy wydatków.

Trzymanie całej takiej kwoty w gotówce mogłoby być problematyczne. Z jednej strony czasem zdarza się, że musimy wykonać nagle pilny przelew, więc posiadanie jakiś środków na koncie to zawsze dobry pomysł. Z drugiej strony nie każdy czuje się komfortowo mając duże kwoty gotówki „pod opieką”.

Myślę, że rozsądnym punktem wyjścia jest trzymanie w gotówce około 20-25% środków z funduszu awaryjnego. Da nam to przynajmniej pewną elastyczność jeżeli chodzi o nagłe wydatki, które wymagają natychmiastowego dysponowania gotówką. Jednocześnie trzymając większą część środków na oprocentowanym koncie nie tracimy potencjalnych odsetek i jesteśmy gotowi na finansowe sytuacje awaryjne, które wymagają np. wykonania przelewu.

Naturalnie, warto przepuścić to przez filtr własnej indywidualnej sytuacji i potrzeb. Fundusz awaryjny ma dawać nam poczucie finansowego bezpieczeństwa. Zatem jeżeli wydaje się Wam, że będziecie się czuli pewniej z większą kwotą gotówki pod ręką, to nic nie stoi na przeszkodzie by zwiększyć jej udział w strukturze tego funduszu.

Fot. Flickr / massdistraction

Zbyt często odkładamy ważne życiowe zmiany na „jutro”, na „od przyszłego tygodnia” czy „od przyszłego miesiąca”. A gdy ten graniczny dzień nadchodzi, to nasze ambitne plany nie zawsze wypalają.

Czasem tego dnia akurat „coś nam wypada” i odwraca naszą uwagę. Innym razem po prostu brakuje nam motywacji.

Dlatego, jako że dziś poniedziałek, przychodzimy z pomocą wszystkim tym, którzy swoje plany na oszczędzanie związali właśnie z tym dniem :). Poniżej znajdziecie szereg porad i wskazówek jak zacząć oszczędzać już teraz. Bez wielkich życiowych zmian czy konieczności odkładania znacznych sum z domowego budżetu już od pierwszego dnia.

By zacząć wystarczy zrobić tylko jeden mały krok. Więc wybierzcie sobie coś z poniższej listy:

1. Prowadź budżet domowy. Zapisywanie własnych wydatków to najlepsze, co możesz zrobić dla swoich pieniędzy. I to nic nie kosztuje!

2. Ogranicz jedzenie w restauracjach i zamawianie jedzenia do pracy. Posiłki przygotowuj samodzielnie w domu. Wyjdzie taniej, a przy tym też pewnie zdrowiej.

3. Płacisz za konto bankowe? Rozejrzyj się za tańszymi opcjami. Pomoże Ci w tym nasza porównywarka kont bankowych.

4. Kojarzysz coś takiego jak „efekt latte”? To drobne wydatki, do których jesteśmy tak przyzwyczajeni, że nawet ich nie zauważamy. Na przykład kawa kupowana codziennie po drodze do pracy. Jednostkowy koszt jest niewielki, ale w długim terminie robi się z tego całkiem solidna kwota ciążąca na naszym domowym budżecie. Przeanalizuj swoje nawyki pod tym kątem.

5. Idziesz na zakupy do sklepu spożywczego? Zadbaj o to, by być wtedy najedzonym. Gdy jesteśmy głodni, to kupujemy więcej. Serio! W ograniczaniu wydatków na zakupy pomaga też lista i konsekwentne trzymanie się jej.

6. Przeanalizuj oferty abonamentów, które posiadasz. Czyli telewizja, internet i telefon. Czy możesz zmienić sieć na tańszą? Czy na pewno potrzebujesz tych wszystkich kanałów w telewizji? To, co na pewno możesz zrobić już dziś, to zadzwonić na infolinię z pytaniem o tańsze opcje abonamentów.

7. Trzymasz swoje oszczędności na ROR? Najprawdopodobniej tracisz okazję na to, by zarobić trochę na odsetkach. Rozważ przeniesienie przynajmniej części środków z konta bieżącego na oszczędnościowe.

8. Dojeżdżasz do pracy samochodem? Zmiana na transport publiczny na pewno przyniesie Ci oszczędności! A jeżeli do pracy masz nie więcej niż 5-10 kilometrów, to warto też rozważyć rower. Jeżeli nie masz możliwości odstawienia samochodu, to staraj się jeździć według zasad eco-drivingu.

9. Właśnie rozpoczął się sezon grzewczy. Zobacz, jak możesz oszczędzić na ogrzewaniu.

10. Oszczędzaj energię – gdy nie korzystasz z urządzeń, nie zostawiaj ich w trybie „stand by”. Wtedy nadal pobierają one trochę prądu. Najlepiej całkowicie odłączać je od zasilania.

11. Palisz? Jedna paczka dziennie to około 3000 zł rocznie! Jeśli nie więcej…

12. Zobacz, jakie masz okazje do oszczędzania na gotowaniu.

13. Jesień i zima to czas zwiększonego ryzyka chorób. Dlatego tym bardziej _nie_ oszczędzaj na zdrowiu. To pozorna oszczędność, za którą prędzej czy później przyjdzie zapłacić rachunek.

14. "Czy naprawdę tego potrzebuję?" Zadawaj sobie to pytanie przed każdym większym zakupem. I daj sobie czas, by na nie odpowiedzieć!

Właściwie każda z wyżej wymienionych rzeczy jest gotowa do wprowadzenia w życie już od zaraz. Więc nie ma na co czekać – jeżeli obiecaliście sobie oszczędzanie „od poniedziałku”, to możecie wypełnić swoje postanowienie stosując choćby jedną metodę z tych opisanych w dzisiejszym artykule. Powodzenia!

Fot. Flickr / 401(K) 2013

Ogólne Jak oszczędzać na ogrzewaniu? - 9 porad

  • 5 października 2014
  • Krzysztof Sobolewski
  • 7 comments

Z początkiem października rozpoczął się u mnie sezon grzewczy. Właściwie każdego dnia w moim bloku w rurach niesie się echo odgłosu kręcenia termostatem ;).

U Was sezon grzewczy pewnie też się właśnie zaczął lub zacznie się lada chwila.

To dobry moment na to, by przypomnieć szereg porad na to, jak oszczędzać na ogrzewaniu. Te porady dają konkretne oszczędności. W przypadku kawalerki, w której mieszkam, ogrzewanej przez CO, co roku udaje mi się wygenerować solidne oszczędności. W sezonie grzewczym 2012/2013 było to 413,81 zł, a w sezonie 2013/2014 – 395,77 zł. To wartość nadpłaty w stosunku do prognoz spółdzielni. Te kilkaset złotych przy rocznym rozliczeniu to zawsze miła ulga dla mojego budżetu domowego :).

W większych mieszkaniach i domach, te oszczędności mogą być nawet wielokrotnie wyższe. Wystarczy pamiętać o kilku podstawowych rzeczach – i przede wszystkim nie marnować ciepła.

1. Nie pozwalaj ciepłu uciekać

Zadbaj o swoje okna. W chłodniejszy dzień zamknij je i sprawdź dłonią czy gdzieś w okolicy futryny okna nie wpada do mieszkania zimne powietrze.

Być może Twoje okna wymagają regulacji lub dodatkowego uszczelnienia.

2. Wietrz krótko, ale intensywnie

Lepiej i efektywniej jest wietrzyć krótko, ale intensywnie – otwierając wszystkie okna na kilka minut i pozwalając na krótki przeciąg.

Długie wietrzenie, oprócz wymiany powietrza, wyziębia całe pomieszczenie (wychładzają się ściany i meble), zwiększając tym samym koszty jego ponownego ogrzania.

3. Podczas wietrzenia „zakręcaj” wszystkie grzejniki

Nawet na te pięć czy dziesięć minut intensywnego wietrzenia grzejniki warto ustawiać na najniższą możliwą wartość. Bieżące ogrzewanie wpadającego do mieszkania zimnego powietrza to marnowanie pieniędzy.

4. Nie zasłaniaj grzejników

Na umiejscowienie grzejników w mieszkaniu wielkiego wpływu już raczej nie mamy, mamy za to wpływ na to, co wokół tych grzejników się znajduje.

Aby zapewnić optymalną cyrkulację powietrza i efektywne wykorzystanie grzejnika, ten nie powinien być niczym zasłonięty. Czyli nie powinny stać przed nim kanapa, szafka czy inne meble. Nie powinien być też zasłonięty firanami czy długimi zasłonami.

5. Nie ogrzewaj mieszkania gdy nie ma nikogo w domu

W większych rodzinach pewnie trudniej jest to zorganizować, co chwila ktoś wchodzi i wychodzi i rzadko kiedy nikogo nie ma w domu. Ale mieszkając samemu lub we dwójkę łatwo to dograć (o ile wychodzi się i wraca z pracy o w-miarę-podobnych porach).

Zakręcanie grzejników przed wyjściem z domu to nawyk, który łatwo wprowadzić w życie. Jedyny koszt to pamiętanie o tym, że przed wyjściem trzeba wykonać jeszcze jedną czynność. Niestety nie mam „inteligentnych” termostatów, które mógłbym raz-na-zawsze zaprogramować (albo takich, które same nauczyłyby się moich zwyczajów – jak Nest), więc muszę robić to ręcznie.

6. Na noc ogrzewaj mniej intensywnie niż w dzień

Ten nawyk da dwie korzyści za jednym zamachem. Pierwsza jest oczywista – zmniejszenie temperatury na czas snu to kolejne pole do oszczędności na ogrzewaniu.

Ale jest jeszcze druga korzyść – niższa temperatura w sypialni ułatwia zasypianie.

7. Zadbaj o to, by nie odczuwać chłodu

Ta porada brzmi trochę tak, jakby chodziło o trening jakiejś supermocy. A to zupełnie nie tak. Mamy duży wpływ na to, jak odczuwamy temperaturę w mieszkaniu – przez to jak się ubieramy.

Jeżeli po mieszkaniu lubisz chodzić boso i w lekkim stroju, to by znaleźć komfort termiczny będziesz potrzebować więcej ciepła z grzejników niż ktoś, kto po mieszkaniu chodzi w swetrze i ciepłych kapciach.

8. Rozpoczęcie sezonu grzewczego to nie nakaz włączenia grzejników na maksimum

Sam nie włączam grzejników od razu gdy tylko na klatce pojawi się ogłoszenie, że rozpoczął się sezon grzewczy. Zazwyczaj przez cały październik udaje mi się nie dotykać termostatów, chyba, że robi się już wyjątkowo zimno jak na tę porę roku.

9. Optymalizuj zużycie ciepła w pomieszczeniach

Rzadko używane pomieszczenia lepiej ogrzewać mniej. Nie ma potrzeby ogrzewania pokoi, w których o danej porze dnia nikt nie przebywa. Ale tutaj trzeba uważać. Ciepło ma to do siebie, że lubi wędrować tam, gdzie go nie ma. Różnica temperatur między pomieszczeniami przekraczająca 4 st. jest już nieefektywna.

Fot. Flickr / Images_of_Money

Ogólne Przygotowujemy budżet domowy na jesienne wydatki

  • 30 sierpnia 2014
  • Krzysztof Sobolewski
  • 4 comments

Trudno w to uwierzyć, ale to już ostatni weekend wakacji. Szybko zleciało! Lada chwila skończy się lato i przyjdą jesień i zima. A wraz z nimi większe wydatki w przynajmniej kilku kategoriach w naszych budżetach domowych. Dobrze przygotować się do tego jak najwcześniej.

Od czego rozpocząć takie przygotowania? Najłatwiej jest przejrzeć swoje własne zestawienia finansowe z zeszłego roku i porównać wydatki w poszczególnych kategoriach ze średnimi za cały rok. W ten sposób możemy odkryć nasze „sezonowe” wydatki  i poznać – przynajmniej mniej więcej – ich wysokość.

Być może na część z tych wydatków powinniśmy zacząć oszczędzać już teraz. Im wcześniej o tym pomyślimy – tym lepiej. I tym większa szansa, że unikniemy konieczności brania drogiego kredytu gotówkowego.

W przypadku jesieni i zimy jest zawsze przynajmniej kilka kategorii budżetowych, gdzie możemy spodziewać się podwyższonych kosztów.

Większe i mniejsze remonty

Jesień to okres, w którym wykonuje się dużo prac domowych. Jakieś drobne remonty, poprawki czy porządki – akurat jest ku temu właściwy czas. Wróciliśmy z wakacji, a zima się jeszcze nie rozpoczęła.

Remont najczęściej nie jest decyzją spontaniczną (chyba, że jest spowodowany jakąś nagłą awarią – wtedy przyda się fundusz bezpieczeństwa) i nosimy się z zamiarem jego przeprowadzenia na przykład przez kilka tygodni. To czas, który warto wykorzystać nie tylko na to, by zaplanować wszystkie niezbędne prace, ale też zapewnić na to konieczne środki.

Mnie w tym roku na pewno czekają prace związane z uszczelnianiem okien. Nie zadbałem o to w zeszłym roku i pewnie straciłem przez to trochę pieniędzy na ogrzewaniu. Teraz nie zamierzam już powtarzać tego błędu.

Zwiększone koszty użytkowania mieszkania

Tym bardziej, że ogrzewanie to bardzo istotny czynnik jesiennego i zimowego budżetu. W moim przypadku, w związku z sezonem grzewczym czynsz do spółdzielni mieszkaniowej wzrasta o około 200 zł.

Z jednej strony oznacza to, że zimą i jesienią na pewno będę miał co miesiąc mniej środków do dyspozycji w porównaniu do lata i wiosny. Ale z drugiej strony – jest na czym oszczędzać. A sposobów jest co najmniej kilka.

Poza zadbaniem o odpowiednią szczelność okien i drzwi możemy zrobić jeszcze kilka rzeczy, które pomogą nam oszczędzić na kosztach ogrzewania. Im większe mieszkanie tym większe będą to oszczędności.

  • gdy wietrzymy pomieszczenia, powinniśmy robić to krótko, ale intensywnie – a za to powinniśmy unikać długotrwałego wychładzania mieszkania
  • powinniśmy zadbać o kaloryfery – nie powinny być zasłonięte innymi meblami, za to powinny być czyste i odkurzone
  • warto regulować temperaturę w ciągu doby – zmniejszać ją, gdy żadnego z domowników nie ma w mieszkaniu oraz ustawiać termostat na niższą temperaturę na noc

Wpływ jesieni i zimy na domowe rachunki zobaczymy zapewne nie tylko w przypadku ciepła. Dochodzi jeszcze elektryczność. Dni są krótsze, więc coraz szybciej włączamy oświetlenie. Poza tym pogoda jesienią i zimą najczęściej nie sprzyja wychodzeniu z domu, zatem pewnie i telewizor i komputer będą częściej włączone niż latem. To na pewno odbije się na wysokości rachunków.

Nowy rok szkolny

Zanim jeszcze na dobre rozpocznie się jesień, to już za moment rozpocznie się rok szkolny. Dla rodziców dzieci w wieku szkolnym jest to zawsze czas zwiększonych wydatków.

Przybory szkolne, podręczniki, ćwiczenia – to w sumie daje całkiem pokaźną sumę po stronie wydatków w domowym budżecie. Ponosi się ją właściwie co roku, więc tym bardziej warto przejrzeć zeszłoroczne zestawienia i sprawdzić jakich kwot możemy się teraz spodziewać.

Do tego dochodzą koszty, które nieco trudniej śledzić – np. koszty podwożenia dzieci do szkoły.

Spłata wakacyjnych kredytów

Jeżeli brałeś kredyt na wakacyjny wyjazd, to lada moment nadejdzie ta chwila, gdy trzeba będzie zacząć spłacać raty. To kolejne jesienno-zimowe obciążenie budżetu domowego, które trzeba uwzględnić i przygotować się, że będziemy mieli co miesiąc do dyspozycji mniej środków niż zazwyczaj.

Przygotowanie samochodu do zimy

Zakup zestawu opon zimowych to zawsze duży wydatek. W zależności od modelu, taki komplet może kosztować nawet kilka tysięcy złotych.

Te cenę można oczywiście zbić, ale trzeba być przy tym bardzo ostrożnym. Tak jak w każdym innym przypadku, gdy próbujemy oszczędzać na wydatkach związanych ze zdrowiem i bezpieczeństwem. Zatem jeżeli decydujemy się na wersję tańszą – zakup opon używanych – to koniecznie musimy zwrócić uwagę na takie rzeczy jak:

  • wysokość bieżnika (nie powinna być niższa niż 3 mm)
  • równomierność zużycia opon
  • wiek opon (mieszanka używana do produkcji opon zachowuje swoje właściwości przez ok. 5 lat)
  • najlepiej kupować takie opony z zaufanego źródła

To tylko niektóre z wydatków, które możemy szczególnie odczuć jesienią. A Wy jak przygotowujecie swoje budżety na tę porę roku? 

Fot. Flickr / blmiers2

Nowe zasady dotyczące cookies. Wykorzystujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce dotyczącej cookies