Filtrowanie wszystkich postów po tagu "fundusz awaryjny." Wyczyść filtr

Często piszemy tu o tym, że osiągnięcie bezpieczeństwa finansowego to jeden z najważniejszych celów przy układaniu i planowaniu swoich finansów. 

W drodze do osiągnięcia takiego poczucia bezpieczeństwa finansowego zachęcamy do odkładania oszczędności, do budowania odpowiedniego funduszu awaryjnego i jednocześnie przestrzegamy przed inwestowaniem w ryzykowne instrumenty finansowe przed zrobieniem porządku w swoim domowym budżecie.

Tylko czym właściwie jest to bezpieczeństwo finansowe?

  • Brakiem kredytów i długotrwałych zobowiązań?
  • A może tylko małym udziałem rat kredytów w sumie miesięcznych wydatków?
  • Funduszem bezpieczeństwa? Jak dużym – w wysokości wydatków na jeden miesiąc, na trzy, na pół roku, a może na dłużej?
  • Odpowiednią wysokością miesięcznych zarobków?
  • Sumą oszczędności i zainwestowanych środków?
  • Budżet domowy, który się po prostu spina i nie jest powodem do stresu, że „nie starczy do pierwszego”?
  • Zabezpieczeniem finansowym dla rodziny w przypadku nieprzewidzianych zdarzeń, np. poprzez ubezpieczenie na życie?
  • A może coś jeszcze innego?

Przypuszczamy, że co człowiek to inna definicja. I że każdy ma na myśli inne kwoty, gdy mowa o sumie oszczędności, która daje to poczucie bezpieczeństwa.

Chcemy lepiej zrozumieć Wasze potrzeby i Wasze wartości, którymi kierujecie się zarządzając swoimi domowymi budżetami. Dlatego dzisiaj pytamy Was – czym jest dla Was bezpieczeństwo finansowe? Jaka definicja jest Wam najbliższa?

Dajcie znać w komentarzach! Jeżeli macie ochotę, to poniżej możecie anonimowo podać także mniej-lub-bardziej przybliżone kwoty, którymi operujecie, gdy myślicie o bezpieczeństwie finansowym. Albo, gdy mowa o funduszu bezpieczeństwa, liczbę miesięcy na które środki z takiego funduszu powinny wystarczyć.

Zapraszamy do dyskusji! 

Fot. Flickr / One Way Stock

Ogólne Finanse osobiste na długim dystansie

Jest takie stare chińskie przysłowie: najlepszy moment na to, by zasadzić drzewo był 20 lat temu. Kolejny najlepszy jest dziś.

Inwestorzy dziś trochę się tym przysłowiem bawią, nadając mu bardziej aktualny ton: najlepszy moment na sprzedaż chińskich akcji był 20 dni temu. Kolejny najlepszy jest dziś.

A my oczywiście zasadzanie drzewa zamienilibyśmy na oszczędzanie. Bo ten nawyk najlepiej wyrobić sobie jak najwcześniej. A jeżeli ktoś jeszcze nie oszczędza, to powinien zacząć już dziś. A o tym, jak uruchomić w sobie ten nawyk oszczędzania już w tej chwili, pisaliśmy już jakiś czas temu.

Dlaczego czas ma tak duże znaczenie? Bo finanse osobiste i odkładanie pieniędzy to gra długodystansowa. To dziś podejmujemy decyzje i wybory, które będą miały istotny wpływ na nasze życie za 10, 20 czy 30 lat.

Możemy zrobić prezent przyszłemu sobie, lub istotnie utrudnić mu życie.

Możemy wpaść w pułapkę inflacji stylu życia dziś, tylko po to by zdać sobie później sprawę jak bardzo ten model był nie do utrzymania na dłuższą metę.

Możemy obciążyć swój budżet zadłużeniem i kolejnymi kredytami konsumpcyjnymi. W ten sposób fundujemy sobie kolejne lata spędzone na płaceniu rat.

Albo – możemy dziś wydawać nieco mniej, by zapewnić sobie więcej luzu i spokoju w przyszłości. To jest w zasadzie jedna z najtrudniejszych rzeczy – odraczanie gratyfikacji, płacenie teraz za komfort, który ma dopiero nadejść. Jak o tym pomyśleć, to jest to zupełna odwrotność długu – dostajemy coś teraz, ale płacić będziemy za to jeszcze przez wiele kolejnych miesięcy, jeżeli nie lat.

Łatwiej więc sprawić sobie radość dziś, niż ułatwić życie swojej wersji siebie za 10 lat.

Ale jeżeli chcemy zgromadzić jakiś majątek, mieć oszczędności, zapewnić sobie spokojniejszą emeryturę – to nie możemy myśleć tylko o tym, co jest dzisiaj. Musimy wyjść poza perspektywę obecnej i być może kolejnej wypłaty. Musimy myśleć długodystansowo. I na ten dystans musimy mieć swój własny plan.

Co warto w takim planie uwzględnić?

Na pewno oszczędności na emeryturę. Niepewność emerytury to dziś poważny społeczny problem – w mediach doceniany niestety dość rzadko, zazwyczaj tylko przy kolejnych zmianach prawa wokół emerytur i OFE, czy nieprawidłowości w ZUS.

Tymczasem trendy demograficzne działają na naszą niekorzyść. Już to samo w sobie stanowi duży problem. Od kilku lat mamy jednak do czynienia z kolejną rzeczą, która stawia wysokość naszej emerytury pod znakiem zapytania. To sytuacja na rynku pracy i popularność umów śmieciowych. Oszczędności na składkach emerytalnych pewnie zemszczą się w przyszłości.

Dlatego nasz długodystansowy plan po prostu musi obejmować emerytury. To jest cel, na który powinniśmy odkładać nasze oszczędności.

Myśląc w perspektywie wielu lat – dziesięciu czy dwudziestu – nie możemy zapominać, że przez ten czas wiele może się stać. Mogą się oczywiście stać rzeczy dobre, ale też pewnie mogą przytrafić się nam jakieś nieszczęścia. A te mają to do siebie, że wymuszają sięgnięcie do portfela.

Dobrze być przygotowanym na takie sytuacje i niezapowiedziane wydatki. Nagła utrata pracy, choroba, kosztowna naprawa samochodu – takie rzeczy się zdarzają, czy tego chcemy czy nie. Warto być na nie przygotowanym posiadając odpowiednio wysoki fundusz awaryjny.

Ponadto, jeżeli to, co zarabiamy, jest jedynym lub głównym źródłem utrzymania dla naszej rodziny, warto rozważyć też ubezpieczenie na życie.

Nie zapominajmy też o tym, że oprócz tego, by dbać o stan konta i oszczędności, odpowiednio dbać też o rzeczy, które zdążyliśmy już kupić. Odpowiednie i regularne serwisowanie samochodu może nam później zaoszczędzić kosztownych napraw, gdy w wyniku wcześniejszych zaniechań dojdzie do jakiejś poważniejszej awarii.

Na całym tym długim dystansie będą też rzeczy, na których nie powinniśmy oszczędzać. W szczególności na zdrowiu i jedzeniu. To dwa aspekty, gdzie oszczędność dzisiaj, będzie mścić się w przyszłości. W najlepszym wypadku nieco gorszą kondycją i samopoczuciem, a w gorszym scenariuszu – złym stanem zdrowia i koniecznością ponoszenia wydatków z tym związanych.

Fot. Flickr / comedy_nose

Bezpieczeństwo finansowe to jeden z najistotniejszych celów, do których powinniśmy dążyć zarządzając swoimi osobistymi finansami. Pieniądze nie powinny być źródłem niepokoju, a niespodziewane wydatki nie powinny wywracać naszego budżetu do góry nogami i nie powinny stanowić zagrożenia dla naszej bieżącej płynności finansowej.

Takie poczucie bezpieczeństwa można osiągnąć na kilka sposobów. Na blogu często pisaliśmy o funduszu bezpieczeństwa czy funduszu awaryjnym, czyli o najsolidniejszej poduszce finansowej, którą możemy sobie zapewnić. Ale perspektywa odłożenia oszczędności, które pozwolą przeżyć 6 czy 12 miesięcy bez stałego źródła dochodu, może wydawać się onieśmielająca. Przynajmniej na początku. W końcu chodzi o całkiem duże kwoty.

Ale jest jeszcze inna metoda – i chcemy Wam ją dziś przedstawić. To budżetowanie o miesiąc do przodu.

Rzecz sprowadza się do tego, aby zgromadzić tyle oszczędności, aby przeżyć cały miesiąc bez konieczności sięgania po dochód za ostatni miesiąc. W kolejnym miesiącu wydajemy zaś poprzednią pensję nie sięgając po środki z bieżącej wypłaty.

Czyli mamy trzy kroki:

1. Oszczędzasz równowartość wydatków na 1 miesiąc

2. W nadchodzącym miesiącu swoje wydatki finansujesz wyłącznie z tych środków, swoją bieżącą pensję odkładając na bok

3. W kolejnym miesiącu swoje wydatki finansujesz z pensji, którą odłożyłeś miesiąc wcześniej, bieżącą wypłatę odkładając na bok

Jakie są korzyści?

Przede wszystkim bufor finansowy. Masz teraz oszczędności, po które możesz sięgnąć w nagłych wypadkach. W przypadku utraty stałego źródła dochodu będziesz mieć więcej czasu na znalezienie alternatywy.

Taki bufor finansowy to pierwszy krok do osiągnięcia bezpieczeństwa finansowego i jednocześnie punkt wyjścia dla stworzenia funduszu bezpieczeństwa, o którym wspominaliśmy wcześniej. Wykonanie tego pierwszego kroku jest niezmiernie istotne – z jednej strony zaczniesz aktywnie działać na rzecz poprawy swojej sytuacji finansowej, a także odczujesz realne korzyści jakie daje posiadanie oszczędności na nieprzewidziane wydatki. To działa motywująco i skłania do kolejnych kroków w tym kierunku.

Wzmocnienie nawyku aby nie wydawać więcej niż się zarabia. To jedna z naczelnych zasad finansów osobistych. Ustawiając sobie konkretny cel na dany miesiąc – wydatki w kwocie nie większej niż wysokość poprzedniej wypłaty – przybliżasz się do realizacji tej zasady.

A to prowadzi do kolejnej korzyści – wydając wyłącznie środki z poprzedniej pensji nie będziesz mieć potrzeby finansowania swoich zakupów kredytem. Kredyt konsumpcyjny czy też utrzymywanie (nie mówiąc już o zwiększaniu) zadłużenia w karcie kredytowej to rzeczy, których zdecydowanie powinniśmy unikać, jeżeli chcemy by nasze osobiste finanse wyszły na prostą.

Bieżąca wiedza o wysokości wydatków. Taki cel wymusza też bieżące śledzenie ponoszonych w danym miesiącu wydatków.

No dobrze. Korzyści są w miarę jasne. Ale jak w ogóle dojść do tego momentu, w którym rzeczywiście mamy na koncie te wyjściowe oszczędności, by przeżyć za nie ten pierwszy miesiąc?

Jak zaoszczędzić te pieniądze?

Pierwszym krokiem powinna być staranna analiza własnych wydatków. Tylko wiedząc ile pieniędzy wydajesz miesięcznie będziesz mógł określić ile oszczędności potrzebujesz, by przeżyć jeden typowy miesiąc. Taka analiza własnych finansów ma też szansę ujawnić wydatki, które nie są niczym innym, tylko wyciekami z portfela. Jeżeli przy tej okazji uda Ci się te wycieki zatamować – to tym lepiej!

Do takiego śledzenia i analizy własnych wydatków naturalnie polecamy Kontomierz :).

Stwórz plan. W ile miesięcy chcesz dojść do stanu, w którym ze swoich oszczędności możesz sfinansować cały miesiąc życia? Na podstawie tego założenia określ ile musisz odkładać co miesiąc by w zaplanowanym czasie dojść do finalnej kwoty.

Pamiętaj, że takie „oszczędzanie” to wcale nie tylko odkładanie jakiegoś ułamka swojej pensji co miesiąc, czy stopowanie niepotrzebnych wydatków. Jest też druga strona. Możesz przyśpieszyć proces tworzenia swojego buforu bezpieczeństwa poprzez poszukiwanie dodatkowych źródeł dochodu czy sprzedaż rzeczy, których już nie potrzebujesz, na Allegro.

Konsekwentnie realizuj swój plan. Dbaj o to, by co miesiąc monitorować swoje postępy.

Fot. Flickr / photosteve101

Co jest lepsze: zakup za gotówkę czy może rozłożenie kosztów na raty? Dziś często możemy natknąć się na oferty rat 0%, które wydają się całkiem kuszącą perspektywą. Przynajmniej z punktu widzenia finansowego.

Jak zatem przedstawia się bilans zysków i strat rat 0% w porównaniu z jednorazowym zakupem za gotówkę?

Koszt psychologiczny a zysk psychologiczny

Choć nieoprocentowane raty mogą nie nieść żadnych dodatkowych kosztów finansowych, to nakładają na nas pewien koszt psychologiczny. W momencie, gdy decydujemy się na zakup ratalny, bierzemy na siebie długoterminowe finansowe zobowiązanie. Mamy do spłaty dług – nie dla każdego będzie to komfortowa sytuacja.

Ale jest też druga strona medalu. Mówiąc o rozkładaniu zakupów na raty nie sposób nie wspomnieć o niezwykle istotnej korzyści psychologicznej (i jednocześnie finansowej) – poczucia bezpieczeństwa wynikającego z większej płynności finansowej.

Na czym to polega? Gdy kupujemy za gotówkę jednorazowo pozbywamy się dużej kwoty z portfela. Tracimy możliwość, by po te pieniądze jeszcze kiedykolwiek sięgnąć, na przykład w jakiejś kryzysowej sytuacji.

W przypadku zakupu ratalnego rzecz ma się inaczej. Na koncie zostaje nam cała kwota, a co miesiąc pozbywamy się tylko 1/24 tej sumy (w przypadku rat na dwa lata). Mamy więc solidny zapas gotówki cały czas pod ręką, na wypadek jakichś nieprzewidzianych sytuacji.

Ważne jednak, by te pieniądze traktować dokładnie na takich samych zasadach jak fundusz awaryjny. Nie finansujemy z nich bieżącej konsumpcji – to środki wyłącznie służące nam do zapewnienia finansowej poduszki bezpieczeństwa.

Mniejsza zdolność kredytowa a lepsza historia kredytowa

Gdy ubiegamy się o kredyt, w jakiejkolwiek formie – gotówkowy, kartę kredytową czy kredyt hipoteczny – w formularzu zawsze znajduje się pytanie o wysokość naszych regularnych miesięcznych zobowiązań wynikających z innych kredytów, czy właśnie rat.

Jeżeli kupiliśmy coś na raty i nadal ten zakup spłacamy, to w takim wniosku kredytowym tę informację należy uwzględnić. I ta informacja ma swoją wagę – zostanie ona uwzględniona przy obliczaniu naszej zdolności kredytowej. A im więcej i im większe są nasze dotychczasowe miesięczne obciążenia, tym mniejsza będzie nasza zdolność kredytowa.

Ale tu znów jest też druga strona medalu, którą należy mieć na uwadze. Bo raty mają nie tylko wyłącznie negatywny wpływ na procedurę ubiegania się o kolejny kredyt. Jest też wpływ zdecydowanie pozytywny – budowanie wiarygodności kredytowej.

Jeżeli robiliśmy zakupy ratalne, a miesięczne płatności zawsze wykonywaliśmy w terminie, to dla banku jest to bardzo ważna informacja. To znak, że jesteśmy wiarygodnymi i rzetelnymi kredytobiorcami.

Osoby, które mają dobrą historię spłacania rat będą przez bank lepiej oceniani niż ci, którzy nigdy w życiu nie mieli żadnej formy zadłużenia.

Jeżeli w ciągu kilku najbliższych lat rozważać ubieganie się o kredyt, na przykład hipoteczny, to warto wziąć pod uwagę rozłożenie niektórych większych zakupów, które miałyby miejsce w międzyczasie, na raty (najlepiej 0%). Wpłynie to później pozytywnie na Twoją ocenę kredytową (oczywiście pod warunkiem regularnych spłat).

Utrata potencjalnych korzyści a oszczędności

Załóżmy, że dokładnie prześwietliliśmy warunki rat 0%. Faktycznie, nie ma żadnych odsetek, żadnych prowizji, czy innych dodatkowych kosztów. Czy oznacza to, że na pewno jest to najbardziej korzystny finansowo wariant?

Nie do końca! Musimy mieć na uwadze jeszcze co najmniej dwie rzeczy.

Po pierwsze, kto ma gotówkę – ten może negocjować.  Niewykluczone, że wykładając pełną kwotę na stół uda nam się przekonać sprzedawcę do udzielenia dodatkowego, kilkuprocentowego rabatu. Przy większych zakupach, a przy takich zazwyczaj rozważamy raty, zdecydowanie warto negocjować.

Po drugie, raty 0% mogą mieć inny ukryty koszt. Nie widzimy go, bo szukamy go w zapisach umowy. A tam faktycznie wszystko gra – żadnych dodatkowych opłat czy prowizji. Ale ten koszt może być zupełnie gdzieś indziej – może być już uwzględniony w cenie produktu, który kupujemy. Sklep, który oferuje rozłożenie ceny na raty 0% może mieć wyższe ceny, niż inny sklep, który takich rat nie oferuje. Zawsze warto porównywać ceny.

To koszty, ale są też zyski. Skoro kupując coś na raty nie pozbywamy się od razu całej kwoty, tylko oddajemy co miesiąc po trochu, to tę resztę możemy wykorzystać do generowania dla nas dodatkowych odsetek.

Jakiego rzędu mogą być to zyski? Niestety, raczej nie mówimy tu o dużych kwotach – ale w budżecie domowym przecież nawet małe oszczędności się liczą.

Załóżmy, że kupujemy coś za 1500 zł i rozkładamy to na raty 0% na dwa lata. Oznacza to, że co miesiąc musimy oddać 62,50 zł. Wkładamy całą tę kwotę na konto oszczędnościowe oprocentowane na 2,5% w skali roku.

Co miesiąc dzieją się trzy rzeczy:

  • od pozostałej kwoty odejmujemy kolejną płatność = 62,50 zł
  • dodajemy odsetki z poprzedniego miesiąca
  • przez kolejne 30 dni naliczamy odsetki od kwoty (kwota początkowa – rata + poprzednie odsetki)

Jaki jest wynik po 24 miesiącach? Odsetki wygenerowały nam dodatkowe 40 zł (uwaga: obliczenia bez uwzględnienia inflacji i podatku od zysków kapitałowych).

Podsumowując: mamy szereg plusów i minusów. Jak zwykle, zalecamy aby wszystkie założenia i obliczenia odnieść dla własnej indywidualnej sytuacji. 

Fot. Flickr / Sean MacEntee

Ogólne Czy warto trzymać gotówkę w domu?

  • 29 października 2014
  • Krzysztof Sobolewski
  • 10 comments

Choć może trafniejszym pytaniem powinno być „czy gotówka powinna być częścią twojego funduszu awaryjnego?” O takim funduszu na nieprzewidziane wydatki piszemy regularnie, gdyż jest to jeden z podstawowych składników zdrowych, zrównoważonych finansów domowych.

Ideą funduszu awaryjnego jest to, byśmy byli – przynajmniej częściowo – finansowo przygotowani na różne niespodziewane sytuacje, które wymagają od nas jakiegoś finansowego zaangażowania. Czyli chcemy być możliwie gotowi na różne niekorzystne scenariusze.

A jaki jest najczarniejszy scenariusz? Potrzebujemy pieniędzy szybko, nagle, a zapłacić musimy gotówką lub nie mamy dostępu do pieniędzy z konta (bo system transakcyjny nie działa, bankomat ma awarię itp.) Różne rzeczy mogą się wydarzyć.

Zatem jeżeli chcemy być przygotowani i na taką ewentualność, to przyda nam się gotówka.

Plusy gotówki w funduszu awaryjnym:

Spokój i poczucie bezpieczeństwa. Fundusz awaryjny może być też ratunkiem w przypadku kryzysu finansowego – takiego ogólnokrajowego, nie ograniczonego jedynie do naszego prywatnego portfela. Wprawdzie według prowadzonych ostatnio stress testów nasze banki nie powinny mieć problemów z wypłacalnością, no ale kto wie jak będzie wyglądać ich sytuacja gdy dojdzie do prawdziwego runu na banki. Wówczas ci, którzy posiadają przynajmniej część oszczędności w gotówce, będą mieli przewagę nad innymi. Natomiast ci, którzy wszystkie swoje pieniądze powierzyli bankom, będą w znacznie trudniejszej sytuacji.

Gotówka nie przypomina o sobie tak często jak stan konta w serwisie transakcyjnym. Z pieniędzmi w funduszu awaryjnym jest tak, że lepiej w ogóle nie pamiętać, że takie środki mamy. Przypominać o nich możemy sobie tylko w chwili, gdy są naprawdę potrzebne – w sytuacji podbramkowej. Jeżeli oszczędności w gotówce mamy schowane w jakiejś kasetce ukrytej gdzieś w mieszkaniu, to tym lepiej dla nas. Zupełnie inaczej niż trzymanie pieniędzy na koncie oszczędnościowym opisanym jako „fundusz awaryjny”. Wtedy przy każdym logowaniu do banku widzielibyśmy te pieniądze i musielibyśmy walczyć z pokusą podebrania kilku złotych z funduszu („przecież za miesiąc _sobie_ to oddam”).

Dostępność w każdej chwili. Z gotówką nie jesteśmy uzależnieni od kaprysów bankomatów czy serwisów transakcyjnych. Mamy też pewność, że jest to środek płatniczy akceptowany w każdym punkcie sprzedaży.

Ale są też minusy:

Środki w gotówce nie są oprocentowane. Teraz, gdy mamy deflację, to właściwie nie powinno być problemem. Nasze oszczędności, mimo że w gotówce, nie będą tracić na wartości. Ale taki stan nie będzie trwał wiecznie i prędzej czy później gotówka będzie przegrywać z inflacją. Poza tym jest to też koszt utraconej korzyści – nawet jeżeli nie tracimy (bo jest deflacja) to też nie zarabiamy tych kilku procent rocznie, które moglibyśmy zarabiać gdyby pieniądze leżały na przykład na koncie oszczędnościowym.

Gotówkę można ukraść. A potem niemal niemożliwe jest namierzenie jej. W takim, skrajnie negatywnym przypadku, włamanie do mieszkania może skutkować nie tylko utratą dobytku, ale także części oszczędności życia.

To jaką część funduszu awaryjnego trzymać w domu w gotówce?

Bo przecież chyba nie wszystko…?

Jeżeli zdecydowaliście się trzymać część środków „na czarną godzinę” jako gotówkę w domu, to trzeba się zastanowić też nad tym jaka to powinna być kwota. Gdy mowa o funduszu awaryjnym, to zalecamy aby – jako całość – obejmował on mniej-więcej kwotę trzymiesięcznych wydatków. To jest plan minimum, ale tak na dobrą sprawę możemy założyć, że taki typowy fundusz na nieprzewidziane sytuacje odpowiada kwocie od 3 do 6 miesięcy wydatków.

Trzymanie całej takiej kwoty w gotówce mogłoby być problematyczne. Z jednej strony czasem zdarza się, że musimy wykonać nagle pilny przelew, więc posiadanie jakiś środków na koncie to zawsze dobry pomysł. Z drugiej strony nie każdy czuje się komfortowo mając duże kwoty gotówki „pod opieką”.

Myślę, że rozsądnym punktem wyjścia jest trzymanie w gotówce około 20-25% środków z funduszu awaryjnego. Da nam to przynajmniej pewną elastyczność jeżeli chodzi o nagłe wydatki, które wymagają natychmiastowego dysponowania gotówką. Jednocześnie trzymając większą część środków na oprocentowanym koncie nie tracimy potencjalnych odsetek i jesteśmy gotowi na finansowe sytuacje awaryjne, które wymagają np. wykonania przelewu.

Naturalnie, warto przepuścić to przez filtr własnej indywidualnej sytuacji i potrzeb. Fundusz awaryjny ma dawać nam poczucie finansowego bezpieczeństwa. Zatem jeżeli wydaje się Wam, że będziecie się czuli pewniej z większą kwotą gotówki pod ręką, to nic nie stoi na przeszkodzie by zwiększyć jej udział w strukturze tego funduszu.

Fot. Flickr / massdistraction

Ogólne Spis majątku. Liczymy osobistą wartość netto

Niedawno na blogu opisywaliśmy wyniki badań, z których wynika, że majątek przeciętnego Polaka to 60 tysięcy złotych. Można się zastanawiać, czy to dużo czy mało – ale nie to jest w tym wszystkim najważniejsze.

Najważniejsze jest to, by znać wartość swojego majątku – a mówiąc dokładniej: znać swoją wartość netto.

Czym jest majątek rozumiany jako osobista wartość netto?

Twoja wartość netto = Twoje aktywa + Twoje pasywa – Twoje zobowiązania finansowe

Warto raz na pół roku lub raz na rok poświęcić godzinę lub dwie i zabrać się za podstawianie wartości po prawej stronie powyższego równania.  Dlaczego jest to istotne? Z kilku powodów.

1. Regularne śledzenie własnej wartości netto daje wiedzę o tym, czy nasz majątek powiększa się czy kurczy.

A to nie jest zawsze takie oczywiste na pierwszy rzut oka. W naszym domu może przybywać coraz to nowych, drogich urządzeń, mogliśmy kupić nowy samochód, mogliśmy kupić większy telewizor… pozornie nasz majątek rośnie. Ale jeżeli te wszystkie zakupy były finansowane kredytami (obciążonymi prowizjami i odsetkami), to po stronie „winien” mamy więcej niż po stronie „ma”. Fizycznych składników majątku przybyło, ale kalkulator mówi, że nasza wartość netto w istocie zmniejszyła się.

2. Znajomość wielkości majątku to – oprócz miesięcznego budżetu – jeden z podstawowych składników wiedzy o osobistych finansach.

Miesięczny budżet daje nam informacje w skali mikro – ile w danym miesiącu zarobiliśmy, ile wydaliśmy, a ile przeznaczyliśmy na oszczędności. Ważne, by w tej skali mikro się nie zamykać, tylko mieć też oczy otwarte na szerszy obraz.

Ten szerszy obraz to właśnie spis wszystkich składników majątku i zobowiązań.

Zapisz i podsumuj wszystkie swoje oszczędności: „osad” na ROR, pieniądze na kontach oszczędnościowych, lokaty, środki odłożone na czarną godzinę.

To samo zrób z inwestycjami: akcjami na giełdzie, udziałami w funduszach inwestycyjnych, programami systematycznego oszczędzania, produktami strukturyzowanymi i wszystkimi innymi produktami inwestycyjnymi.

Następnie przejdź do majątku „stałego”, tego którego upłynnienie zajmie więcej czasu i wysiłku niż zwykłe anulowanie lokaty. Zapisz wartość swojego mieszkania, samochodu i innych sprzętów i urządzeń, które w razie czego mógłbyś sprzedać (np. takich, które nadawałyby się do wystawienia na Allegro, gdybyś nagle potrzebował na tyle dużej gotówki, że „płynniejsze” składniki majątku by na to nie starczyły).

Na koniec zapisz wszystkie swoje zobowiązania finansowe: długi, kredyty, pożyczki, zadłużenie w kartach kredytowych, debet w koncie itp.

To właśnie jest ta skala makro, która nas interesuje.

3. Taki spis majątku to informacja o własnej elastyczności finansowej.

W przypadku różnych trudnych sytuacji życiowych dochodzi czasem do tego, że aby im zaradzić trzeba zacząć upłynniać własny majątek. Raz skończy się na uszczupleniu funduszu bezpieczeństwa, a innym razem trzeba zajrzeć głębiej.

W kryzysowych sytuacjach w pierwszej kolejności będziesz sięgał po fundusz bezpieczeństwa. To te pieniądze, które mają być Twoim buforem i zabezpieczeniem przed nagłymi, niespodziewanymi wydatkami.

Jeżeli to za mało, to swoją uwagę trzeba zwrócić w kierunku oszczędności. Wycofanie środków z kont oszczędnościowych jest proste i wymaga zaledwie kilku kliknięć. Zazwyczaj nic też nie kosztuje. Zerwanie lokat to też czynność łatwa, ale tu już najczęściej tracimy wypracowane odsetki.

Jeśli i to nie pomoże, to czas zacząć likwidować inwestycje. I tu już zaczynają się trudności. Nasza kryzysowa sytuacja może wymusić na nas sprzedaż akcji czy jednostek funduszy w niekorzystnym momencie, np. w dołku. Rezygnacja z niektórych produktów inwestycyjnych (np. planów systematycznego oszczędzania) może wydawać się w ogóle nieopłacalna ze względu na utratę zysków i dodatkowe opłaty za wcześniejsze wycofanie środków.

Na koniec zostają rzeczy, które upłynnić najtrudniej. Ale może zdarzyć się i tak, że niestety nasz osobisty kryzys finansowy wymusi na nas sprzedaż samochodu czy mieszkania.

Zapisanie i podsumowanie sobie wszystkich składników majątku jest o tyle ważne, że wiemy jak „silny” i elastyczny jest nasz budżet, z jakimi nagłymi wydatkami sobie poradzi i gdzie znajdują się kolejne granice bezpieczeństwa.

Jest to też cenna wiedza o proporcjach składników naszego majątku. Taki spis może być pretekstem do zadania sobie pytań takich jak:

  • czy wystarczająco bezpiecznie czuję się z tym, że większość środków mam zablokowane w inwestycjach, zaś niewiele trzymam na lokatach i kontach?
  • czy nie jestem zbyt zachowawczy i nie trzymam za dużej części środków w bezpiecznych, ale mało zyskownych produktach finansowych?
  • czy mój fundusz bezpieczeństwa jest odpowiedniej wielkości?

Taką wiedzę warto sobie uaktualniać co jakiś czas.

Fot. Flickr / 401(K) 2013

Ogólne Co zrobisz, gdy stracisz dostęp do swoich pieniędzy?

Klienci PKO BP, a także ci wszyscy, którzy chcieli w długi weekend skorzystać z bankomatów Euronetu, zostali postawieni w bardzo nieprzyjemnej sytuacji.

Najgorzej mieli klienci PKO BP. Od piątku ich karty były odrzucane w sklepach, a wypłaty w bankomatach były niemożliwe.

Wyobrażacie sobie tę frustrację? Stoicie przy kasie, wszystkie zakupy już spakowane, za Wami kolejni zniecierpliwieni klienci – a tu nagle terminal odrzuca kartę. I za drugą próbą również. Pół biedy, jeżeli mieliście wystarczająco gotówki w portfelu. Ale jeżeli nie – idziecie do bankomatu, a ten połyka kartę. I co w takiej sytuacji zrobić?

A gdyby coś takiego przytrafiło się na stacji benzynowej, gdzieś w trasie (w końcu – długi weekend)? Jak wtedy dojechać do celu z pustym bakiem?

Weekendowa awaria dotknęła też klientów innych banków, choć w mniejszym stopniu. Sieć Euronet widocznie nie wytrzymała zwiększonego ruchu związanego z tym, że coraz więcej klientów PKO BP chciało się dostać do swoich pieniędzy wypłacając je właśnie w bankomatach Euronetu.

Co się działo? Bankomat przeprowadzał transakcję, blokował środki na koncie (tak, jak zwykle), ale… nie wypłacał pieniędzy! Klient zostawał bez gotówki w ręku i bez środków na koncie. Zmusiło to banki do zamieszczania takich i podobnych komunikatów na swoich stronach i fanpage’ach.

Jak widzicie, stan na dziś nadal jest taki, że „zwroty pieniędzy zostały dokonane tylko w stosunku do części klientów banku”, a reszta nadal czeka.

Frustrujące.

Czy można temu jakoś zaradzić?

Na awarie systemów transakcyjnych banków i problemy sieci bankomatowych nie mamy wpływu. Wiemy tylko, że – jak wszystko – systemy informatyczne są zawodne i mogą odmówić współpracy w najmniej oczekiwanym momencie (czyli na przykład w długi weekend).

Możemy jednak się na to przygotować i przynajmniej w części ograniczyć konsekwencje takiej awarii dla naszego własnego portfela i płynności finansowej. Rozwiązaniem jest stara, dobra gotówka.

Sam jestem wielkim zwolennikiem obrotu bezgotówkowego – jest to dla mnie wygodne, szybkie, do tego nie muszę za każdym razem przy kasie szukać drobnych. No i każdą transakcję kartową od razu widzę w Kontomierzu, który od razu przypisze jej właściwą kategorię wydatków. Ale mimo to, nadal staram się trzymać przy sobie trochę gotówki na nieprzewidziane sytuacje.

Jak się chronić przed awariami kart, bankomatów, czy terminali płatniczych? Sam widzę dwa rozwiązania.

Noś gotówkę w portfelu. Taką kwotę, która wystarczyłaby na Twoje codzienne zakupy (plus jakiś margines bezpieczeństwa). Jeżeli każdego dnia robisz zakupy w osiedlowym sklepie spożywczym na kwotę 60 zł, to staraj się mieć w portfelu te 80 czy nawet 100 zł. W przypadku, gdyby terminal niespodziewane odrzucił kartę, zawsze będziesz mógł szybko zapłacić gotówką.

Ale zdarzają się też sytuacje, w których potrzebujemy większych pieniędzy niż te, na codziennie zakupy spożywcze. Może nam się trafić jakiś nagły wydatek. Po to mamy fundusz awaryjny. Ale nic nam po nim, jeżeli te pieniądze w całości tkwią uwięzione na koncie, a nam bankomat akurat połknął kartę.

Dlatego też część funduszu awaryjnego zawsze warto trzymać w gotówce, w domu. 10-20% oszczędności zgromadzonych na czarną godzinę, trzymane w gotówce powinno być wystarczającym zabezpieczeniem w większości sytuacji.

A jak Wy zabezpieczacie się na wypadek awarii systemów bankowych?

Fot. Flickr / Tax Credits

Pożyczki chwilówki i kredyty konsumpcyjne to jedne z najgorszych rzeczy, które mogą przytrafić się domowemu budżetowi. Wysokie oprocentowanie i opłaty towarzyszące takiej pożyczce sprawiają, że do banku trzeba oddać o wiele więcej, niż się pożyczyło. A jeżeli taką pożyczkę brało się poza bankiem – to często trzeba zwrócić i kilka razy więcej!

Różne są motywacje do brania takich chwilówek poza bankiem. Czasem pieniądze potrzebne są szybko, nie ma czasu na bankowe formalności i sprawdzanie zdolności kredytowej. Innym razem okoliczności zmuszają do szukania finansowania poza systemem bankowym.

Czy jednak taki kredyt może pomóc w trudnej sytuacji finansowej? Wątpliwe. Najczęściej tylko odracza nieuchronne i stanowi kolejny krok do wpadnięcia w pętlę zadłużenia.

Poniżej przedstawiamy infografikę PBS opracowaną na podstawie badania z końca 2012 roku przeprowadzonego wśród klientów firm, które oferują mikropożyczki.

Mikropożyczki - infografika

Kim zatem są osoby biorące pozabankowe chwilówki? Okazuje się, że najczęściej są to kobiety, osoby w wieku 40-60 lat, z wykształceniem średnim. Co ciekawe, większość klientów firm pożyczkowych finansuje chwilówkami bieżące potrzeby, aż 65%!

Może się wydawać, że trudne sytuacje życiowe (które najłatwiej zrozumieć, jeżeli mowa o motywacji do brania mikropożyczek) występują stosunkowo rzadko – 15% klientów bierze pożyczkę na rachunki (pewnie zaległe), 7% na wydatki związane z nagłą chorobą, a 7% na spłatę innych zobowiązań.

Jeżeli mowa o nagłych wydatkach i trudnych sytuacjach finansowych, to nie można nie wspomnieć o funduszu awaryjnym. Jego podstawową rolą jest właśnie stanowienie bufora finansowego w takich okolicznościach. Czasem wymaga to pewnych poświęceń, ale w ostatecznym rozrachunku bardzo się opłaca.

Jedną z najlepszych motywacji do rozpoczęcia budowy takiego funduszu jest kalkulator pożyczkowy na stronie Providenta. Przykładowo, pożyczenie 2000 zł na niecały rok (45 tygodni) oznacza konieczność oddania blisko 3800 zł (w opcji droższej, z obsługą domową). 103,4% RRSO. Dwa razy więcej w rok!

Jak jeszcze można uniknąć konieczności korzystania z ofert takich firm? Planując swoje finanse. Cykliczne, przewidywalne okresy zwiększonych wydatków to czas żniw dla firm pożyczkowych. I jednocześnie zaskoczenie dla budżetów ich klientów. Święta – kredyt. Wakacje – kredyt. Wyprawka szkolna dla dziecka – kredyt.

Na takie przewidywalne wydatki też warto odkładać wcześniej, zwłaszcza jeżeli alternatywą jest kredyt (i to niezależnie od tego czy w banku, czy w firmie pożyczkowej).

Źródło grafiki: PBS.

Ogólne Ile pieniędzy trzymać w funduszu awaryjnym?

O funduszu awaryjnym pisaliśmy już kilka razy. Nie bez powodu – uważamy, że takie pieniądze odłożone „na czarną godzinę” to absolutny fundament zdrowych finansów domowych. Budowa takiego funduszu to pierwszy cel finansowy dla tych, którzy właśnie zaczynają oszczędzać.

Tak, w pewnych warunkach warto zbudować sobie przynajmniej minimalny fundusz bezpieczeństwa, nawet jeszcze przed przystąpieniem do spłacania różnych długów. Jeżeli chcesz zacząć zbijać swoje zadłużenie na karcie kredytowej, warto rozważyć inny scenariusz niż przelewanie każdej wolnej kwoty na rachunek karty.

Rozważmy taką sytuację: masz 0 zł oszczędności, 5000 zł zadłużenia na karcie kredytowej i wolny 1000 zł. Spłacić część zadłużenia na karcie, czy odłożyć gdzieś na konto oszczędnościowe?

Naturalnie, najbardziej opłaca się spłacić kartę. Mniejsze zadłużenie = mniejsze odsetki. Procentami z jakiegokolwiek konta oszczędnościowego tego nie zbilansujemy.

Tylko z osobistymi finansami jest ten problem, że czysta matematyka nie zawsze się sprawdza. W grę wchodzą jeszcze emocje. I tak jak gracze giełdowi muszą panować nad swoimi emocjami, tak osoby walczące z długami i oszczędzające powinny starać się zaprząc te emocje do pracy na własną korzyść.

Tak działa na przykład metoda kuli śniegowej w „atakowaniu” kolejnych długów.

A wracając do funduszu awaryjnego – dla niektórych ważniejsze będzie poczucie bezpieczeństwa wynikające z posiadania własnej poduszki finansowej i minimalnego zabezpieczenia w razie nieprzewidzianych wydatków. Takie niespodzianki już niekoniecznie będą musiały oznaczać konieczność powiększania zadłużenia.

Przepadnie jednak korzyść na odsetkach z kredytu, którą można byłoby osiągnąć spłacając zadłużenie wcześniej. To właśnie cena spokoju. Jedni chętnie ją zapłacą, innym bardziej pasować będzie wcześniejsza spłata. Czasami trzeba przekonać się samemu, z jakim rozwiązaniem będziemy czuć się lepiej.

Moje rozwiązanie dla powyższego dylematu (-5000 zł na karcie, +1000 zł wolnych środków)? Pociąć kartę na kawałki i zablokować sobie drogę do dalszego zadłużenia. Odłożyć 1000 zł na konto oszczędnościowe i w przypadku ewentualnych nieprzewidzianych wydatków sięgać w pierwszej kolejności po te środki. I za wszelką cenę unikać kolejnych kredytów.

Ok, fundusz awaryjny jest ważny. Czasami może mieć nawet wyższy priorytet niż spłata pewnych długów. Ale do czego powinniśmy dążyć? Jaką kwotę warto mieć odłożoną na czarną godzinę?

Powszechny konsensus i opinia, którą można znaleźć na wielu blogach finansowych jest taka, że minimum to kwota odpowiadająca trzymiesięcznym wydatkom Twojego gospodarstwa domowego. Ważne, że chodzi o wydatki, a nie trzy pensje (choć oczywiście w wielu przypadkach jest to równoznaczne). Idea jest taka, aby w razie utraty źródła utrzymania dać sobie samodzielnie radę przez te trzy miesiące.

By znać kwotę swoich miesięcznych wydatków najlepiej prowadzić budżet domowy. Jeżeli jest on wystarczająco dokładny, to można jeszcze bardziej doprecyzować kwotę niezbędną w funduszu awaryjnym – nie biorąc pod uwagę wszystkich wydatków związanych z przyjemnościami, jedzeniem na mieście i innymi rzeczami, które warto ograniczyć, gdy sytuacja zmusza do tego, by sięgać po środki na czarną godzinę. W taki sposób można określić swój własny plan minimum: jaka kwota jest mi absolutnie niezbędna by dać sobie radę przez jeden miesiąc.

Pomnóż to przez trzy i dostaniesz sumę, którą jest tym niezbędnym minimum, które warto mieć „na wszelki wypadek”.

Ale to jest minimum. Co ponad to? Niektórzy mówią, by dążyć do optimum, jakim jest równowartość 10-miesięcznych wydatków, inni przekonują by odłożyć pieniądze niezbędne na rok życia... Tak naprawdę, to tu zaczynają się osobiste preferencje i duży wpływ mają osobiste uwarunkowania. Czyli takie rzeczy jak miejsce zamieszkania, sytuacja na lokalnym/branżowym rynku pracy, to czy twoje dochody są jedynym źródłem utrzymania w gospodarstwie domowym, czy twój partner/partnerka też zarabia, czy masz dzieci, czy masz samochód itp.

Musisz trochę pobawić się w aktuariusza i określić ryzyko problemów finansowych w swojej własnej, indywidualnej sytuacji. Jeżeli dojdziesz w ten sposób do konkretnej kwoty, którą uznasz za dobre „ubezpieczenie” od finansowych problemów, to świetnie. W innym przypadku, po prostu dokładaj co miesiąc jakąś kwotę do swojego funduszu awaryjnego. Przestań wtedy, gdy będziesz czuć się z takim zabezpieczeniem komfortowo.

Fot. Flickr / 401(K) 2013

Ogólne Zadbaj o swoje bezpieczeństwo finansowe

  • 26 września 2012
  • Krzysztof Sobolewski
  • 5 comments

Nagłe, niespodziewane wydatki prędzej czy później trafią się każdemu. Od najbardziej prozaicznych spraw, jak awaria pralki czy lodówki, po rzeczy wiążące się ze znacznie większymi kosztami, jak chociażby poważna awaria samochodu.

Można się samooszukiwać i wmawiać sobie, że „takie rzeczy mi się nie zdarzają”, można o tym nie myśleć – zgodnie ze strategią „po co martwić się na zapas”. Albo można się na to jakoś przygotować. Bo chociaż te wydatki faktycznie są „niespodziewane”, to można przewidzieć, że taka sytuacja i tak kiedyś nas spotka.

Moim zdaniem (a także zdaniem wielu innych blogerów finansowych) fundusz awaryjny to absolutna podstawa zdrowych finansów domowych. Po prostu – nie można budować bezpieczeństwa finansowego, choćby częściowej niezależności finansowej, nie można skutecznie inwestować w momencie, kiedy domowy budżet może się w każdej chwili rozsypać pod wpływem jakiejś losowej sytuacji.

Zrywać lokaty, zamykać pozycje bo trzeba naprawić samochód? – to nigdy nie jest dobre rozwiązanie.

Jeżeli więc myślisz o oszczędzaniu, inwestowaniu, zarządzaniu własnym budżetem – za swój pierwszy finansowy cel najlepiej obrać właśnie zbudowanie takiego funduszu awaryjnego. Funduszu, dzięki któremu w każdej chwili będziesz mieć dostęp do środków, które w całości lub w części sfinansują nagłe, losowe wydatki lub wspomogą cię np. w sytuacji utraty pracy.

Ile pieniędzy warto mieć w takim funduszu?

Na to pytanie jest tylko jedna odpowiedź, ale ona ci się nie spodoba: na fundusz awaryjny przeznacz tyle pieniędzy, ile potrzebujesz. Nie ma konkretnej kwoty, jednak dobrą zasadą jest by trzymać w zapasie co najmniej kwotę w wysokości twoich trzymiesięcznych wydatków. Wtedy można czuć się już stosunkowo bezpiecznie – drobne awarie sprzętu AGD już nie będą robić na tobie wrażenia, a w przypadku utraty pracy będziesz miał trochę czasu, by poszukać czegoś nowego bez silnej finansowej presji.

Na wysokość funduszu awaryjnego wpływa też masa innych czynników: sytuacja rodzinna, zawodowa, miejsce zamieszkania, wykształcenie, zawód… Innego zabezpieczenie będzie potrzebować ojciec trójki dzieci z małej miejscowości (gdzie trudno o pracę), a innego singiel z dużego miasta.

W każdym razie – kwota trzymiesięcznych wydatków to dobry punkt na start. Stopniowo dokładaj do tego kolejne złotówki do momentu, w którym poczujesz, że taki poziom bezpieczeństwa finansowego ci odpowiada.

Gdzie trzymać te pieniądze?

Moim zdaniem najlepszym rozwiązaniem są konta oszczędnościowe.

W ten sposób możesz stopniowo wpłacać kolejne kwoty (bez konieczności zakładania nowych lokat, które zresztą często mają wysokie kwoty minimalne) i – co najważniejsze – masz łatwy dostęp do pieniędzy.

Nagłe kryzysy finansowe są – cóż – nagłe: najczęściej wymagają szybkich działań. Nie ma wtedy czasu na likwidowanie lokat, sprzedaż akcji i czekanie na zwrot środków na konto. Gdy coś się dzieje, to pieniędzy potrzebujesz „teraz”.

Konta oszczędnościowe dają taką swobodę.  A przy tym nadal można znaleźć takie banki, które oferują oprocentowanie wygrywające – choćby nieznacznie – z inflacją.

Fot. Flickr / Mait Jariado

Nowe zasady dotyczące cookies. Używamy plików cookies do zapewnienia Ci wygodnego korzystania z serwisu, gromadzenia danych analitycznych i statystycznych oraz wyświetlania reklam dostosowanych do Twoich preferencji i przeglądanych treści. Kontynuując przeglądanie zgadzasz się na wykorzystanie plików cookies w powyższym celu przez nas (Kontomierz.pl sp. z o.o.) i naszych partnerów. Możesz zmienić warunki przechowywania i dostępu do plików cookies, w tym zablokować te pliki, w ustawieniach przeglądarki. W związku z korzystaniem z serwisu przetwarzamy również dane osobowe. Zapoznaj się z polityką prywatności Kontomierz.pl, aby dowiedzieć się więcej o przetwarzaniu Twoich danych osobowych i plikach cookies.