Filtrowanie wszystkich postów po tagu "porządek w finansach." Wyczyść filtr

Niektórzy lubią życie na krawędzi. Ten dreszcz emocji kiedy do końca miesiąca zostało jeszcze kilka dni i tylko kilkadziesiąt złotych w portfelu. I do końca nie wiadomo: starczy czy nie starczy? Wypłata przyjdzie w terminie czy spóźni się kilka dni (co wtedy)? Czy w międzyczasie mogą pojawić się jakieś nieprzewidziane wydatki (oby nie)?

Permanentne poczucie zagrożenia, gorączkowe wiązanie końca z końcem, niepokój o kolejną ratę i rachunki.

Czasami z konieczności, a czasami na własne życzenie.

Gdy maksymalna zdolność kredytowa staje się opcją optymalną. Ile bank daje – tyle biorę. W końcu pracują tam specjaliści, którzy wiedzą co robią i policzyli, że stać mnie na spłatę rat w takiej wysokości. Prawda?

Niestety nie. Sprzedawca w banku czy u pośredników finansowych otrzymuje prowizję zależną od tego ile Ty zapłacisz bankowi. A im większy kredyt, tym więcej płacisz. Rzadko kiedy bankowcy zadają sobie trud rzetelnej analizy domowych finansów klienta, by na tej podstawie podsunąć właściwie rozwiązanie.

Raczej dominuje postawa typu „wpiszemy we wniosku, że ma pani mniejsze wydatki, by lepsza zdolność wyszła”.

Gdy kolejne wydatki okazują się ważniejsze niż oszczędności. Zawsze znajdzie się coś, na co można wydać pieniądze. Spełnienie zachcianki „tu i teraz” całkowicie przysłania korzyści, które można odnieść w przyszłości – oszczędzając. Wyrzuty sumienia po impulsywnych zakupach nie biorą się znikąd.

Gdy limit kredytowy w karcie jest wymasowany. I to jest jego naturalny stan. Nie zero – tak jak powinno być – tylko zadłużenie „pod korek”. Miesięczne spłaty zamiast chronić przed przekroczeniem grace period, po prostu ponownie otwierają drogę do rozbuchanych wydatków i bezrefleksyjnych zakupów.

Gdy trudno pozbyć się starych nawyków. Trudno rozstać się z przywilejami i przyjemnościami, do których się przyzwyczailiśmy. Nawet gdy chodzi o taki drobiazg jak latte w drodze do pracy czy „jedzenie na mieście” w co drugi, co trzeci dzień.

Takie niewielkie wydatki biorące się z tych nawyków nawarstwiają się i skutecznie przyczyniają się do tego, że na koniec miesiąca pieniędzy zaczyna brakować.

Zrywanie z tymi nawykami zazwyczaj zaczyna się od postanowienia „w następnym miesiącu będzie inaczej”. I zazwyczaj na tym się kończy.

A jak naprawdę przerwać ten cykl życia od wypłaty do wypłaty?

  1. Najpierw płać sobie. Za każdym razem, gdy dostajesz wypłatę (lub: klient płaci fakturę) odkładaj część dla siebie – jako oszczędności. A wszystkie swoje mniej lub bardziej konieczne wydatki finansuj z tego, co zostanie. Już w pierwszym miesiącu zauważysz różnicę.
  2. Zacznij budować fundusz awaryjny. Nawet małymi krokami, choćby po 50 zł czy 100 zł miesięcznie. Niespodziewane wydatki to jeden z najczęstszych czynników, który sprawia, że domowy budżet jakoś nie może wyjść na plus pod koniec miesiąca.
  3. Rób zakupy z listą. Kupuj tylko to, co potrzebne. Ograniczając w ten sposób impulsywne zakupy uzyskasz więcej luzu w budżecie.
  4. A może to nie wydatki są problemem tylko druga strona bilansu? Sprawdź możliwości zwiększenia swoich dochodów.

Tymi sposobami można zacząć budować swoje bezpieczeństwo finansowe.

Fot. Flickr / midbb 

Brakuje Ci pieniędzy? Weź z przyszłych wypłat! Pieniądze, których jesteśmy (prawie) pewni, ale których jeszcze nie mamy, to często duża pokusa.

Bardzo łatwo wpaść w różne pułapki finansowe. W gruncie rzeczy, to wszyscy dookoła nam to ułatwiają: banki, choć ostatnio ostrożniejsze, kuszą szybkimi kredytami, sklepy pozwalają na zakupy na raty, limit karty kredytowej wydaje się taki wysoki…

Do tego reklamy, presja znajomych i rodziny i masa innych czynników.

Czasami trzeba się sporo natrudzić, by wśród tego wszystkiego znaleźć rozsądną drogę w zarządzaniu swoimi domowymi finansami.

Jedną z takich sprytnych pułapek jest wydawanie pieniędzy, których się nie ma.

Jest ona o tyle przebiegła, że wpadamy w nią, choć możemy zauważyć ją już z daleka.

Jak to działa?

Chyba najprostszym sposobem, by dać się zwieść wydawaniu pieniędzy, których się nie ma jest przekonanie, że te pieniądze kiedyś się pojawią. Przecież za miesiąc dostanę kolejną pensję. Przecież w połowie roku mam dostać premię. A w kwietniu zwrot podatku.

I tak dalej… Niektórzy planują swoje finanse w taki sposób nawet na kilka wypłat do przodu!

Sprzyja temu dostępność kredytów, karta kredytowa w kieszeni – naprawdę łatwo wydawać dziś czyjeś (najczęściej banku) pieniądze. Zwłaszcza mając tak silne usprawiedliwienie jak „na pewno oddam z przyszłej wypłaty”.

Co potem? Kolejne miesiące pracuje się na spłatę rat. I na odsetki, prowizje… bo przecież kredyty kosztują.

A w międzyczasie kolejne pokusy przecież nie znikają. Z portfela uciekają więc kolejne pieniądze, być może pojawiają się kolejne kredyty. Raz uruchomioną maszynę wydawania pieniędzy z przyszłości trudno zatrzymać – można żyć kilka pensji do przodu przez kilka miesięcy lub nawet lat.

Taki stan może trwać i trwać – aż do momentu, gdy nie pojawi się jakaś nieprzewidziana sytuacja, która utrudni spłatę narastających rat, czy zmusi do zaciągnięcia kolejnych pożyczek.

Jakikolwiek nie byłby to kredyt, to i tak obciąża on domowe finanse. Spłatę rat trzeba dopisać do listy miesięcznych zobowiązań, no i oczywiście mieć za każdym razem środki na spłatę. Im więcej takich sztywnych zobowiązań, tym mniej elastyczny robi się budżet domowy. A więc mniej przygotowany na nieprzewidziane wydatki.

W skrajnym przypadku może dojść do przekredytowania, czyli momentu, w którym w domowym budżecie nie ma już więcej środków na spłatę kredytów.

Jak tego unikać?

Potrzebna będzie silna wola i umiejętność odraczania gratyfikacji.

Nie wydawaj pieniędzy, których nie masz! Nieważne, że będziesz je mieć w przyszłym miesiącu. Jeżeli płacisz kartą kredytową, to możesz wspomóc się sposobem, który opisaliśmy w jednym z poprzednich artykułów: na bieżąco monitoruj stan bieżących środków. To jest Twój limit wydatków, a nie limit w karcie kredytowej (zwłaszcza, że banki proponują bardzo wysokie limity, idące nawet w kilkadziesiąt tysięcy).

Każdy większy zakup przemyśl dłużej. Nie kupuj pod wpływem impulsu. Dobrą regułą przy zakupach za kilkaset złotych / kilka tysięcy jest jeden dzień namysłu na każde 100 zł, które mamy wydać.

Spłać swoje kredyty konsumenckie do końca zanim pomyślisz o kolejnych zakupach.

Życie z mniejszymi obciążeniami finansowymi, bez presji banków i bez potrzeby dopasowywania się pod harmonogram rat jest naprawdę dużo łatwiejsze i przyjemniejsze!

Fot. Flickr / macattck Pułapki finansowe

Ogólne Co masz w portfelu (i co to o tobie mówi)?

  • 16 sierpnia 2011
  • Krzysztof Sobolewski
  • 15 comment

Co masz w portfelu?

Zawsze bawiły mnie opisy zawartości portfela przeciętnego Amerykanina. Te z serii: 7 kart kredytowych, które już ledwo mieszczą się w przegródkach - portfel jest nimi dosłownie wypchany. A do tego - oczywiście - każda z nich zadłużona pod sam limit. Lub prawie. Idealna ilustracja społeczeństwa żyjącego na kredyt.

Tyle Ameryka. A jak wygląda mój portfel?

Ogólnie, staram się utrzymywać porządek w finansach. I nawet jakoś mi się to udaje, mimo posiadania ROR-ów w 6 bankach (a kont oszczędnościowych aż bałbym się liczyć). System, jaki sobie wypracowałem, funkcjonuje całkiem dobrze. Ważną częścią tego systemu jest to, co mam w porfelu.

Niewiele tego:

  • 1 karta kredytowa
  • 1 karta debetowa
  • dowód osobisty
  • prawo jazdy
  • karta abonamentu medycznego
  • Karta Sopocka
  • gotówka: 50 zł
  • I tyle. Lekko, przyjemnie, praktycznie.

A teraz po kolei.

Wszystkie codzienne i niecodzienne zakupy staram się robić kartą kredytową. Już jakiś czas temu przeszedłem na system prawie-bezgotówkowy. Tak jest, przynajmniej dla mnie, dużo wygodniej, no i trochę korzystniej (darmowy kredyt).

Tu akurat wybrałem kartę Keep it simple w OF (0 zł za wydanie i odnowienie, do 59 dni bez odsetek), choć pewnie udałoby się na rynku znaleźć coś lepszego, z cashbackiem lub innymi bonusami. Ale zazwyczaj, aby taka wypchana bonusami karta była darmowa, trzeba na to zapracować odpowiednim obrotem. A mi się nie bardzo chce tym martwić.

Kartę spłacam co miesiąc w całości.

Kartę debetową mam w mBanku (uwaga na wchodzące właśnie w życie opłaty - 2 zł za kartę). Służy mi ona praktycznie tylko do wybierania gotówki raz, może dwa razy w miesiącu.

W związku z tym, że mam jeszcze parę ROR-ów w innych bankach, dostałem w komplecie też kilka innych kart. Ale korzystam tylko z dwóch powyższych, reszta leży w domu (i tak są powiązane z kontami, na których nic nie ma).

Dokumenty - wiadomo, podstawa. Choć pewnie znalazłoby się trochę argumentów za tym, by trzymać je gdzieś poza portfelem, np. by w razie jakiejś kradzieży kieszonkowej nie stracić i dokumentów i dostępu do pieniędzy.

Karta Sopocka - zniżki w niektórych sklepach, kawiarniach i restauracjach w Sopocie i darmowy wstęp na molo :). 

Gotówka. Tutaj mam podejście identyczne z tym, jak u kierowców dowożących pizzę. Noszę przy sobie nie więcej niż 50 zł. W zasadzie, gotówką płacę tylko za bilety komunikacji miejskiej i jakieś drobne zakupy w miejscach, gdzie nie przyjmują kart.

Całość zupełnie niepodobna do amerykańskich portfeli. Po spisaniu tego wszystkiego widzę dwie wady:

1. dokumenty w tym samym miejscu, co pieniądze - to może być trochę ryzykowne,

2. brak zapasowej karty, w razie, gdyby podstawowa odmówiła posłuszeństwa (jeszcze mi się nie zdarzyło, ale przyjmuję, że taka możliwość jest).

Pewnie niedługo coś z tym zrobię.

A jak wyglądają wasze portfele?

Fot. Flickr / shareski

Ogólne Podstawowy zestaw bankowy

  • 3 sierpnia 2011
  • Krzysztof Sobolewski
  • 3 comment

Podstawowy zestaw bankowy

W poprzednim artykule pisałem o początkach porządków w finansach: by spisać co się ma, ile trzeba oddać i jak pieniądze przepływają przez portfel z miesiąca na miesiąc.

Dziś będzie o porządkach w finansach od trochę innej strony – produktowej. Takiej podstawowej struktury produktów finansowych, którą warto mieć i która – w większości przypadków – nic nie kosztuje.

Oto 7 podstawowych narzędzi finansowych, które warto mieć w swoim „portfelu” (choć akurat ja mam 6 z nich).

1. ROR, konto osobiste (koszt: 0 zł, zysk: oprocentowanie, bonusy)

Niby absolutna podstawa, ale nadal – według najnowszych raportów – konta w banku nie ma jeszcze co czwarty dorosły Polak.

O zaletach i funkcjach ROR-ów nie trzeba mówić, wiadomo do czego służą.

Pytaniem nie jest więc „czy założyć ROR” tylko „gdzie mieć główne konto?”.

Sytuacja na rynku nadal jest korzystna dla nas – klientów: wciąż można znaleźć konta, gdzie to bank nam płaci za wykonywanie podstawowych operacji bankowych (np. Konto bez kantów w BOŚ, czy Dobre Konto w Millenium).

Poza tym jest cała mnóstwo banków, gdzie ROR-y nie mają takich bonusów, ale są całkowicie darmowe. Z tej grupy ostatnio wypadł mBank, który właśnie wprowadza opłatę za posiadanie karty debetowej. Oby nie był to sygnał dla pozostałych banków do przejścia w stronę płatnych kont lub bezpłatnych, ale z gwiazdką (jak to się teraz dzieje właśnie w mBanku).

2. Konto oszczędnościowe (koszt: 0 zł, zysk: oprocentowanie)

Dla mnie konto oszczędnościowe to kolejny główny produkt bankowy. Dzięki takim kontom utrzymuję bieżącą płynność finansową.

Gdy dostaję pensję na ROR to opłacam rachunki, część przeznaczam na inwestycje, a reszta bieżących środków idzie właśnie na oprocentowane konto oszczędnościowe. Za to przez większość miesiąca saldo na nieoprocentowanym koncie osobistym wynosi 0 zł.

Dlaczego tak? Nawet małe zyski się liczą – zamiast dawać zarabiać bankowi, sam zarabiam na tym kilka-kilkanaście złotych miesięcznie. Do tego nie korzystam z kart debetowych, więc nie muszę mieć żadnej rezerwy na ROR, a w razie nagłych wydatków mogę łatwo wypłacić pieniądze z konta oszczędnościowego.

Dobrze znaleźć równowagę między oprocentowaniem a wygodą.

Konto Mocno Oszczędzające w Polbanku jest jednym z najlepiej oprocentowanych na rynku, ale system transakcyjny jest tak koszmarny, że nie wyobrażam sobie przeprowadzania tam jakichkolwiek codziennych operacji. Poza tym Polbank od nowych klientów wymaga dodatkowo założenia płatnego ROR (ja jeszcze załapałem się na Rachunek Pomagający, z którego mam bezpłatne przelewy zewnętrzne).

U mnie najlepiej sprawdza się eurobank. Oprocentowanie może nie jest szałowe, ale wszystko – łącznie z ROR-em i przelewami – mam za darmo. Zwłaszcza przelewy są dla mnie ważne, bo w ciągu miesiąca wykonuję ich dość dużo między różnymi rachunkami.

Z tego też powodu jednym z głównych kryteriów wyboru konta oszczędnościowego była nieograniczona liczba darmowych przelewów z konta (niektóre banki ograniczają to np. do jednego przelewu w miesiącu, a potem każą płacić).

3. Lokaty (koszt: 0 zł, zysk: oprocentowanie)

Do swoich oszczędności podchodzę bardzo „bezpiecznie”, dlatego też dużą część mojego portfela stanowią lokaty.

Te niestety ostatnio mają duży problem, by nadążyć z oprocentowaniem za inflacją, ale da się jeszcze znaleźć takie, które dadzą realny zysk.

4. Debet, linia kredytowa? (koszt: prowizja za odnowienie, ew. oprocentowanie)

Znak zapytania celowo – bo sam nie korzystam, ale wiem, że taki debet może się czasem przydać. Zwłaszcza gdy dopiero ogarniasz swoje finanse i nie masz jeszcze funduszu awaryjnego.

W pewnych nieprzewidzianych sytuacjach taki szybki dostęp do gotówki może uratować życie.

Tylko trzeba uważać, by nie dać się nabrać na te np. 10 000 zł dostępnych środków na koncie. Nie masz tych pieniędzy i za każdą wykorzystaną złotówkę będziesz musiał zapłacić.

5. Karta kredytowa (koszt: 0 zł, zysk: cashback, darmowy kredyt)

Kolejny kontrowersyjny produkt. Można go używać z korzyścią dla siebie, ale można też wpaść w różne pułapki zastawiane przez bank (np. spóźnić się o kilka godzin ze spłatą) i narazić się na koszty.

Podstawowa zasada: spłacaj co miesiąc całe zadłużenie, a wszystko będzie dobrze.

I jeszcze zasada bonusowa: nie wydawaj kartą pieniędzy, których nie masz.

Sam praktycznie nie korzystam już z debetówek – może tylko po to, by raz w miesiącu wybrać trochę gotówki na drobiazgi (bilety itp.). Większość zakupów przechodzi przez kartę kredytową.

Darmowy kredyt na dwa miesiące – miła rzecz i kolejny drobny zysk na koncie.

Ja wybrałem kredytówkę w Open Finance – 0 zł za wydanie i odnowienie karty. Trochę boli brak cashbacku, ale karty ze zwrotem części wydatków mają zazwyczaj opłaty roczne. I wtedy trzeba martwić się o obrót na karcie, by być z tej opłaty zwolnionym (mi się nie chce martwić).

6. SFI (koszt 0 zł, zysk: we własnym zakresie ;) )         

To całkiem przyjemna – i wciąż darmowa – usługa w mBanku. Można bez prowizji (dystrybucyjnej) kupować fundusze akcji, obligacji, rynku pieniężnego, czy hybrydowe. Oczywiście nadal pozostają opłaty za zarządzanie – odpowiednie dla poszczególnych funduszy – ale brak opłaty dystrybucyjnej to już spora oszczędność na starcie.

A trzeba przyznać, że wybór funduszy jest całkiem duży.

7. Rachunek maklerski (koszt: prowizje maklerskie, 0 zł za prowadzenie, zysk: jw.)

Idąc dalej drogą inwestycji chyba nieuniknione jest posiadanie rachunku maklerskiego.

Maklerzy zarabiają głównie na prowizjach i ew. płatnym dostępie do danych (np. liczba widocznych najlepszych ofert), więc wybierając rachunek warto dokładnie przeanalizować te koszty.

Opłat za prowadzenie rachunku zazwyczaj nie ma, chyba że w bankach-dinozaurach.

A jeśli generujesz duży obrót na rachunku, to możesz sprawdzić czy nie opłaciłoby ci się członkowstwo w Stowarzyszeniu Inwestorów Indywidualnych. W zamian za składkę roczną można zyskać obniżki prowizji w niektórych biurach maklerskich.

--

A wy z jakich produktów bankowych korzystacie? Można coś jeszcze dorzucić do tej listy podstawowych rzeczy?

Fot. Flickr / RuffLife 

Ogólne Porządek w finansach: diagnoza stanu obecnego

  • 27 lipca 2011
  • Krzysztof Sobolewski
  • 0 comment

Diagnoza stanu obecnego

Droga do finansowej wolności ma wiele etapów. Najważniejsze dwa ogólnie nakreśliliśmy w naszym e-booku: diagnoza stanu obecnego i plan na przyszłość, czyli stan pożądany. Cała reszta to realizacja tego planu krok po kroku.

Jak to zwykle bywa, najtrudniej jest wykonać ten pierwszy.

W „Notatkach…” obiecaliśmy, że szczegółowe rozwiązania będziemy prezentować na blogu, więc dzisiejszy wpis będzie właśnie takim rozwinięciem.

A zaczynamy od diagnozy obecnego stanu domowych finansów.

Tak naprawdę, to sprowadza się ona do określenia trzech podstawowych rzeczy:

  • majątku
  • kredytów, zobowiązań
  • przepływów pieniężnych

 

Majątek

Majątek, czyli rzeczy, które mamy. Dobrze wiedzieć ile jest to wszystko warte.

Zawsze byłem zwolennikiem zasady, że nie warto zbytnio zagłębiać się w szczegóły (chyba że ktoś bardzo chce / lubi / potrzebuje). Dlatego przy określaniu wartości swojego majątku nie polecałbym np. „inwentaryzowania” każdej książki na półce i skrupulatnego spisywania wartości z okładki.

Na tym etapie nie chodzi o to, by spisać się dokładnie co do każdej złotówki. Teraz najważniejsze jest określenie, być może nawet trochę szacunkowe, swojej wartości netto. Czyli różnicy między tym co masz, a tym co masz oddać.

Lub przynajmniej ogólnego określenia czy twój majątek ma większą wartość niż zaciągnięte zobowiązania, czy przeciwnie – wartość kredytów przewyższa posiadany majątek (tak jak to widać choćby na przykładzie kredytów hipotecznych we frankach – jeśli były zaciągane w „dołku”, to teraz – mimo kilku lat spłaty – wartość kredytu jest znacznie większa niż wartość domu czy mieszkania).

Co więc możesz zrobić na szybko?

Wartość domu czy mieszkania (jeśli masz własne / kupione na kredyt) z grubsza znasz.

Jeśli posiadasz samochód – sprawa jest równie prosta. Wartość używanego auta szybko sprawdzisz w Internecie, na aukcjach.

Oszczędności? Szybki rzut oka na stan kont i inwestycji i wszystko wiadomo.

Cała reszta to drobiazgi. Komputer, telewizor, rower, jakieś AGD… Wpisz szacunkową wartość (albo nie wpisuj nic, jeśli uważasz, że i tak tego nie da się już sprzedać).

Kredyty i zobowiązania

Po drugiej stronie – wszystko to, co jesteśmy komuś winni.

Czyli najczęściej – kredyty, pożyczki, zadłużenie w karcie kredytowej.

By poznać ogólną wartość zobowiązań (zazwyczaj) wystarczy tylko zalogować się do swojego banku i spisać wartości pozostałe do spłaty.

Zostaje ostatnia prosta czynność - porównać wartość majątku i wartość zobowiązań.

Przepływy pieniężne

Tak jak powyżej liczyliśmy stan majątku i kredytów w skali makro, tak teraz przechodzimy do skali mikro. Czyli – powiedzmy – na poziom jednego miesiąca i wpływów i wydatków, które mają w tym czasie miejsce.

Najprościej mówiąc: budżet domowy.

Nawet jeśli nie chcesz regularnie prowadzić takiego budżetu, to i tak bardzo zachęcam do spisywania swoich wydatków przynajmniej w jednym typowym miesiącu w roku. Nie tylko będziesz mógł sprawdzić jak zmienia się wartość twojego koszyka zakupowego w czasie (twój własny wskaźnik inflacji), ale przede wszystkim zobaczyć, czy realizujesz najważniejszą zasadę zdrowych finansów osobistych:

wydawaj mniej niż zarabiasz

Jeśli generujesz pozytywny cashflow, to jest fajnie. Jeśli wydajesz za dużo i żyjesz ponad stan, to musisz coś z tym jak najszybciej zrobić.

Ocena

Po dokonaniu takiej kompletnej inwentaryzacji domowych finansów przychodzi czas na ocenę. Warto wtedy zadać sobie kilka pytań:

1. Czy są rzeczy, które wymagają mojej natychmiastowej interwencji?

Przykładowo, jeżeli po analizie przepływów pieniężnych widzisz, że wydajesz więcej niż zarabiasz, to jest to problem, z którym trzeba rozprawić się szybko. Zanim wpadniesz w pętlę zadłużenia (a tak kończy się długotrwała przewaga wydatków nad zarobkami).

Z zupełnie innej strony – rzeczą, którą możesz zrobić natychmiast to zadbanie o właściwe oprocentowanie swoich oszczędności. Jeśli to, co odkładasz, trzymasz na lokatach i kontach oszczędnościowych – i są one oprocentowane poniżej inflacji – to możesz szybko sprawdzić, czy na rynku nie ma lepszych lokat.

2. Czy któraś z tych rzeczy jest dla mnie problemem?

Typowymi problemami (ale jeszcze nie finansowymi katastrofami) mogą być takie rzeczy jak niewystarczająca wartość funduszu awaryjnego, czy raty kredytów pochłaniające ponad połowę miesięcznych wpływów. To rzeczy, które mogą nie stanowić bezpośredniego zagrożenia dla twojej płynności finansowej, ale na pewno są ważnymi czynnikami ryzyka.

3. Co utrudnia mi zachowanie pozytywnego bilansu?

Czy są jakieś czynniki, które powstrzymują cię przed utrzymywaniem dobrego stanu finansów osobistych? Jak możesz im zaradzić? To może być nawet zwykły nawyk, coś jak czynnik latte, ale mogą to też być rzeczy bardziej „systemowe” i nie do końca zależne od ciebie (np. kurs franka).

W zasadzie, to nawet jeśli nie zaczynasz dbać o własne finanse, tylko jesteś już na jakimś etapie ogarniania swojego domowego budżetu, to i tak od czasu do czasu warto zatrzymać się i zrobić taką „fotografię” bieżącego stanu: majątku, kredytów i przepływów pieniężnych.

Fot. Flickr / SRCrawford

Ogólne Wiosenne porządki w finansach osobistych

  • 26 marca 2011
  • Krzysztof Sobolewski
  • 8 comment

Wiosenne porządki w finansach osobistych

W kalendarzu i za oknami w końcu mamy wiosnę! A wraz z nią zbliża się doroczny rytuał wiosennych porządków, wyrzucania niepotrzebnych rzeczy i doprowadzania wszystkiego do ładu. Ogólnie rzecz biorąc – jedno wielkie sprzątanie po zimie i przygotowanie się na nadejście lata.

Chcielibyśmy Was zachęcić do zrobienia takich wiosennych porządków także w finansach osobistych. Zawsze znajdzie się coś, czego warto się pozbyć, lub chociaż zoptymalizować.
 

Zamknij niepotrzebne rachunki

Przede wszystkim konta osobiste i oszczędnościowe. Nieustannie zachęcamy Was do poszukiwania najlepszych okazji i takich rachunków, na których Wasze oszczędności lub środki bieżące będą oprocentowane najwyżej.

Takie okazje jednak z czasem się kończą, banki obniżają oprocentowanie (ostatnio szczególnie często, nawet mimo podwyżki stóp procentowych) i po tych wszystkich najlepszych ofertach zostają martwe rachunki. Żadnych środków, żadnych wpływów, ani innych operacji.

Z nieaktywnymi rachunkami można zrobić dwie rzeczy. Można je zostawić „na wszelki wypadek”, bo może kiedyś akurat ten bank znów przedstawi jakąś korzystną ofertę. Ma to tylko sens, jeżeli konto jest bezpłatne – za utrzymywanie martwego rachunku nie ma co płacić.

Ale i tu nie mamy gwarancji, że taki stan będzie trwał wiecznie. Dobrze znamy przypadki, gdzie banki za wcześniej bezpłatne konto nagle wprowadzają opłaty (np. jakiś czas temu Polbank).

Jest jeszcze co najmniej jeden powód, dla którego jednak nie warto trzymać nieaktywnych rachunków. Jest on całkiem prozaiczny – hasła i loginy. Jeżeli macie je zapisane w bezpiecznym miejscu, to nie ma problemu. Jeżeli jednak trzymacie je tylko i wyłącznie w pamięci, to po dłuższym czasie niekorzystania z konta może pojawić się problem z przypomnieniem sobie danych do logowania. A to oznacza rozpoczynanie procedury odzyskiwania hasła/loginu, która w niektórych bankach może nawet wymagać wizyty w oddziale.

Pozbądź się nieużywanych kart

Warto pójść krok dalej i wraz z likwidacją kont pozbyć się także niepotrzebnych kart z portfela. Z debetów kami sprawa jest prosta – jeżeli nie korzystam z konta, do którego jest podpięta, to nie ma potrzeby nosić ze sobą karty.

Karty kredytowe, których nie używasz, powinieneś zamknąć tym bardziej. Przyznane limity w kartach obniżają Twoją ogólną zdolność kredytową (nawet jeżeli w danej chwili nie masz zadłużenia na karcie – banki zazwyczaj liczą zdolność kredytową tak, jakby limit był wykorzystany). Do tego z kartami kredytowymi najczęściej wiążą się opłaty roczne. Te kilkadziesiąt złotych można zaoszczędzić!

W zwolnione miejsce w portfelu radzimy włożyć kartę "Na co ci to?" :).

Dodatkowe usługi w ramach rachunków

W bankach mamy nie tylko rachunki, ale też często po kilka różnych usług podpiętych do jednego konta.

Jedną z częściej oferowanych usług do konta osobistego jest debet – linia kredytowa w rachunku. Na pierwszy rzut oka – fajna sprawa: możliwość zejścia „pod kreskę” w awaryjnych sytuacjach, zazwyczaj niższe oprocentowanie niż w kredytach gotówkowych i to naliczane tylko od wykorzystanego debetu, a nie od całości. Taka poduszka finansowa może się przydać „na wszelki wypadek”.

Jest jednak kilka „ale”. Po pierwsze opłata roczna – ok. kilka procent od całości przyznanego limitu (uwaga na ostatnią podwyżkę w mBanku!). Jest to pole do potencjalnych oszczędności. Po drugie – jeżeli potrzebujesz środków w sytuacji „awaryjnej”, to kredyt powinien być ostatnią „instancją”. W pierwszej kolejności podejmij środki z funduszu awaryjnego (jeśli go nie masz, to zacznij go budować już dziś). W drugiej kolejności odłóż zaplanowane większe zakupy na później, a środki na nie odłożone przeznacz na „awarię”.

Do banku jeszcze długa droga…

Jeżeli więc debet nie jest Ci absolutnie potrzebny, to jak najbardziej warto z niego zrezygnować.

W podobny sposób można przyjrzeć się innym usługom dołączanym do kont, takich jak chociażby różne ubezpieczenia. Czy naprawdę są Ci potrzebne? Czy suma ubezpieczenia jest odpowiednia? Czy poczucie bezpieczeństwa jest warte wpłacanej co miesiąc składki?

Przejrzyj swoje inwestycje

Początek wiosny może być też dobrym momentem na przejrzenie własnych inwestycji. Zdecydowanie warto robić taki gruntowny przegląd od czasu do czasu.

Posiadasz jednostki funduszy inwestycyjnych? Policz ich stopę zwrotu za ostatni rok i zobacz jak radziły sobie w porównaniu do różnych benchmarków. Jeżeli np. inwestujesz w fundusze akcji polskich spółek to ich wyniki można zestawić z wynikami indeksu WIG.

Ogólne stopy zwrotu z posiadanych funduszy możesz sprawdzić w swoim profilu w Kontomierzu.

Inwestujesz na giełdzie? Sezon publikacji raportów rocznych (za 2010 rok) spółek trwa – warto się z nimi zapoznać i sprawdzić jak radziły sobie spółki, których akcje masz w portfelu.

A może w ostatnim czasie zmieniła się Twoja sytuacja życiowa? Czy wymaga to zmiany Twojej strategii inwestycyjnej?

Wszystko oczywiście bez żadnych gwałtownych ruchów!

Abonamenty za usługi

Na koniec odejdźmy na chwilę od internetowych systemów transakcyjnych i sprawdźmy inne abonamenty i usługi, za które płacimy co miesiąc.

Abonamenty na usługi, z których nie masz czasu korzystać, nie są warte wydawanych pieniędzy! Weźmy takie karnety do siłowni, czy na basen. Fajnie jest mieć możliwość skorzystania z nich, ale często nie ma na to czasu. No i powiedzmy sobie szczerze – już posiadanie samej takiej karty do siłowni daje poczucie „dbania o siebie”, nawet jeszcze przed pierwszym treningiem. Niestety łatwo zadowolić się samym tym poczuciem :).

Ostatecznie trzeba podjąć decyzję – albo korzystamy aktywnie z takich usług, albo rezygnujemy z abonamentów.

Kablówka, Internet i telefon – nieśmiertelne trio. Za każdą z tych usług łatwo przepłacić, zwłaszcza jeżeli wybierze się za wysokie pakiety/abonamenty. Te usługi warto przejrzeć, zwłaszcza, jeśli w niedługim czasie kończy Ci się umowa. Dostawcy już na pewno mają w ofercie najnowsze cenniki i promocje na 2011 rok.

Przy wyborze oferty lepiej nie brać od razu najwyższych pakietów. Zazwyczaj zdecydowanie łatwiej jest podwyższyć abonament, niż go obniżyć. Kluczem jest dopasowanie usług do własnych potrzeb / potrzeb rodziny. Czy potrzebujesz więc dostępu do Internetu z prędkością 100 Mb/s? Pewnie nie…

A Waszym zdaniem jakim jeszcze usługom finansowym warto się przyjrzeć w ramach wiosennych porządków?

Fot. Flickr / velo_city

Ogólne Po co Ci telewizor?

Po co Ci telewizor?

Tak naprawdę – po co?

By oglądać programy informacyjne, z których nic konkretnego nie wynika? Codzienne kłótnie polityków? Programy rozrywkowe, seriale?

Telewizor to złodziej wolnego czasu. I pieniędzy.

Kiedy następnym razem pomyślisz sobie, że „nie masz czasu” zastanów się nad tym, ile tego czasu oddajesz telewizji.

Bo przeciętny Polak spędza przed telewizorem średnio cztery godziny dziennie!

Masa czasu, z którym można przecież zrobić dużo ciekawsze rzeczy.

Więc co tak naprawdę telewizja wnosi do twojego życia?

Ja widzę głównie rachunki. Kablówka, telewizja cyfrowa, pakiety kanałów, z których się nie korzysta wcale lub bardzo rzadko.

I pewnie jeszcze rata za tę nową, czterdziestodwucalową plazmę za 3 000 zł.

I rachunki za energię, którą taki ekran pożera w bardzo szybkim tempie.

Sam już wypisałem się z tej zabawy.

Nie oglądam telewizji, nie mam telewizora. Już dobre kilka miesięcy!

I żyję.

Jeśli potrzebuję wiadomości – czytam w Internecie.

Jeśli mam ochotę na serial lub jakiś program – najpewniej znajdę go za pośrednictwem jednej z wielu internetowych stron VOD (także tych darmowych).

Jeśli chcę obejrzeć coś na dużym ekranie – idę do kina.

Jak dla mnie – całkiem niezły układ.

Nie chcesz działać aż tak radykalnie? Są też sposoby na drobniejsze oszczędności!

Zrezygnuj z pozostawiania telewizora w trybie stand-by. Wyłączanie go „na dobre” to oszczędność rzędu ok. 20-30 zł rocznie. Jak zwykle – raczej niewiele, ale siłą takich drobnych oszczędności jest to, że można ich znaleźć wiele. A razem dają już poważne sumy.

Zmniejsz abonament kablówki na mniejszy. Pewnie i tak nie wykorzystujesz nawet połowy tych kanałów, które masz zamówione. Oszczędność może wynieść np. 25 zł miesięcznie.

Zanim wypożyczysz jakiś film przez płatne VOD sprawdź, czy nie ma go w Internecie – w serwisach VOD, które oferują m.in. darmowe filmy. Co prawda trzeba wtedy obejrzeć kilka reklam, ale to przecież nic strasznego.

A jak wygląda sytuacja u Was? Macie w ogóle telewizor w domu? Często oglądacie telewizję?

Fot. Flickr / DieselDemon

Nowe zasady dotyczące cookies. Używamy plików cookies do zapewnienia Ci wygodnego korzystania z serwisu, gromadzenia danych analitycznych i statystycznych oraz wyświetlania reklam dostosowanych do Twoich preferencji i przeglądanych treści. Kontynuując przeglądanie zgadzasz się na wykorzystanie plików cookies w powyższym celu przez nas (Kontomierz.pl sp. z o.o.) i naszych partnerów. Możesz zmienić warunki przechowywania i dostępu do plików cookies, w tym zablokować te pliki, w ustawieniach przeglądarki. W związku z korzystaniem z serwisu przetwarzamy również dane osobowe. Zapoznaj się z polityką prywatności Kontomierz.pl, aby dowiedzieć się więcej o przetwarzaniu Twoich danych osobowych i plikach cookies.