Filtrowanie wszystkich postów po tagu "pułapki finansowe." Wyczyść filtr

Pułapki finansowe: podsumowanie

  • 6 marca 2012
  • Krzysztof Sobolewski
  • 4 comment

W ostatniej serii artykułów opisywaliśmy kilka pułapek finansowych, które czyhają na domowy budżet. Takich pułapek jest bardzo dużo, tak jak sposobów na wyciekanie pieniędzy w portfela. Na pewno nie opisaliśmy wszystkich –  ale wskazaliśmy kilka najważniejszych.

Oto cztery groźne pułapki finansowe – wraz ze sposobami na to, jak ich unikać:

1.

Wydawanie pieniędzy, których (jeszcze) się nie ma. W tę pułapkę bardzo łatwo wpaść. Wystarczy pomyśleć „zapłacę za to z przyszłej pensji”. Lub z kilkunastu przyszłych pensji, w końcu rata kredytu nie wydaje się taka wysoka.

Kredyty oczywiście „są dla ludzi”, ale jednak lepiej – gdy ma się taką możliwość – nie wydawać pieniędzy, których się nie ma. Zamiast tego odłożyć zakup, czasem na kilka miesięcy, i zapłacić z odłożonych pieniędzy.

Dzięki temu budżet ma większą elastyczność, a brak stałych zobowiązań finansowych to kolejny krok do bezpieczeństwa finansowego.

2.

Życie od pierwszego do pierwszego na pewno nie przybliża nas do takiego poczucia bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie. Wydatki ważniejsze niż oszczędności, niecierpliwe czekanie na wypłatę, a jak ta spóźni się kilka dni – to dramat. Brzmi znajomo?

Ten cykl życia od wypłaty do wypłaty trzeba jak najszybciej przerwać. Cierpi na tym nie tylko domowy budżet ale także samopoczucie (stres!).

Pierwszym krokiem do wyjścia z tej finansowej pułapki powinno być przestrzeganie zasady „najpierw płać sobie”. Gdy otrzymasz wypłatę, określoną część odłóż na oddzielne konto i nie wydawaj tych pieniędzy. Tak dopasuj swój budżet domowy, by pozostałych pieniędzy wystarczyło do końca miesiąca.

3.

Konieczne będzie oszczędzanie. Ale nie oszczędzanie na wszystkim! To dość zdradliwa pułapka finansowa, bo można w nią wpaść – paradoksalnie – przez zapał do oszczędzania.

Wybieranie najtańszych rozwiązań i produktów może na pierwszy rzut oka wydawać się racjonalne (w końcu prowadzi to do konkretnych, widocznych już dziś oszczędności). Tak jednak nie jest, gdyż w dłuższym okresie okazuje się, że rachunek jest znacznie wyższy niż cena produktu.

Tak jest, przykładowo, z oszczędzaniem na jedzeniu. Niewłaściwa dieta, tanie produkty (pełne chemii i różnych „wypełniaczy”) to szybki sposób na pogorszenie stanu zdrowia. A odbudowanie zdrowia potrafi dużo kosztować.

Podobnie z oszczędzaniem na jakości. Prędzej czy później przyjdzie za to zapłacić. Dobrą strategię przedstawił w jednym z komentarzy Zoom:

Niestety, jakość kosztuje. Ja mam taką strategię - rzeczy których używam często (sprzęt audio, rower, komputer, odzież outdoor) i są ważne dla mnie kupuję wysokiej jakości, w pozostałych przypadkach oszczędzam.

4.

Brak płynności finansowej. Takie „życie na krawędzi”, bez żadnego marginesu bezpieczeństwa na wypadek nagłych, awaryjnych sytuacji. Wszystkie pieniądze wydawane są od razu albo zamrożone w różnych inwestycjach. Fundusz awaryjny?  - nie istnieje.

To duże niebezpieczeństwo dla domowych finansów, bo każda nieprzewidziana sytuacja i dodatkowy wydatek powoduje konieczność nagłego szukania pieniędzy. A to oznacza, że czasami trzeba będzie wycofać się z inwestycji w złym momencie lub pogodzić się z utratą odsetek ze zrywanych lokat. To i tak w miarę komfortowa sytuacja – gdy można wesprzeć budżet środkami z likwidowanych inwestycji.

Gdy takich nie ma trzeba szukać pieniędzy gdzieś indziej – najczęściej w banku, płacąc duże odsetki.

Fot. Flickr / Images of money 

Ogólne Pułapki finansowe: przeinwestowanie i brak płynności

  • 1 marca 2012
  • Krzysztof Sobolewski
  • 2 comment

O tym, że przekredytowanie jest jedną z większych katastrof finansowych, która może się nam przydarzyć, wiadomo nie od dziś. Gdy raty kredytów zabierają ponad połowę domowego budżetu, to zaczyna robić się niebezpiecznie.

Na drugim końcu skali jest przeinwestowanie. Na pierwszy rzut oka wygląda dziwnie: jeżeli ktoś inwestuje, to znaczy, że generuje regularne górki i z jego finansami musi być wszystko w porządku?

Otóż nie zawsze! I to nie tylko dlatego, że inwestując można też stracić.

Każdy budżet domowy powinien mieć pewną płynną rezerwę. Coś na nieprzewidziane wydatki i inne awaryjne sytuacje.

Posiadając już jakieś oszczędności można ulec pokusie, by wszystkie wolne środki zainwestować – w lokaty, fundusze, giełdę, czy jeszcze inne z wielu możliwych instrumentów finansowych. W końcu oszczędności powinny zarabiać, a nie leżeć na nieoprocentowanym RORze.

Problem w tym, że wtedy pieniądze są zamrożone w tych wszystkich inwestycjach i dostęp do nich jest utrudniony. Co jeżeli nagle potrzebujemy gotówki? Lokatę trzeba będzie zerwać, pożegnać się z odsetkami i poczekać na przelew środków z banku. Z funduszy i giełdy trzeba będzie wyjść – i to wcale nie musi być najlepszy moment na zakończenie inwestycji. Najczęściej jest to najgorszy moment.

To nie koniec. Czasami z różnych inwestycji najzwyczajniej nie można wyjść – pod groźbą bolesnych kar. Tak jest ze wszystkimi „programami systematycznego oszczędzania”, gdzie deklarujemy miesięczną składkę, a wpłacane środki zamrażane są na kilka lub kilkanaście lat. Chcesz wyjść wcześniej? Musisz pożegnać się z większością wpłaconych składek.

Inwestycje to także ryzyko. Można stracić część lub całość środków. Dlatego w agresywne i ryzykowne instrumenty finansowe należy angażować tylko te środki, na których stratę możemy sobie pozwolić.

Chcąc zarobić godzimy się na ryzyko.

I choć zwrot z inwestycji może wydawać się kuszący, to i tak polecamy, by część środków trzymać w łatwo dostępnym miejscu.

Zawsze dobrze jest mieć pewien zapas gotówki. Nie dlatego, że chcemy Was teraz straszyć jakimiś czarnymi scenariuszami i kryzysową niewypłacalnością banków.  Po prostu, czasem zdarzają się takie prozaiczne sytuacje jak awaria bankomatu (który na przykład bez powodu zatrzyma kartę i na zwrot trzeba będzie czekać kilka dni). Takie przypadki przychodzą najczęściej wtedy, gdy akurat ekspresowo potrzeba gotówki. Lepiej zaoszczędzić sobie stresu.

Pozostałą część awaryjnych środków najlepiej przechowywać na łatwo dostępnym koncie. Takim, do którego mamy kartę debetową i możemy w każdej chwili mieć dostęp do pieniędzy. Chodzi o to, by w nagłych sytuacjach mieć możliwość szybkiej reakcji.

Fundusz awaryjny służy właśnie do tego, by być poduszką finansową w nagłych przypadkach. Ma być zabezpieczeniem i ma być łatwo dostępny. Nie musi zarabiać.

Co oczywiście nie oznacza, że ten ROR, na którym leżą awaryjne środki, nie ma być oprocentowany. W ofertach banków nadal można znaleźć takie rachunki osobiste, które oferują kilkuprocentowe odsetki w skali roku. Niestety poniżej inflacji, ale zawsze coś.

Kompromisowym rozwiązaniem może być konto oszczędnościowe podpięte pod taki łatwo dostępny ROR. Obecnie najlepsze konta oszczędnościowe są oprocentowane w okolicach inflacji lub nieznacznie wyżej.

A co jeżeli nie masz wolnych środków, a mimo to szukasz jakiegoś finansowego zabezpieczenia? Rozwiązaniem mogą być produkty kredytowe, w których płacisz tylko za wykorzystany limit. A jako że będziesz z tych środków korzystać tylko w awaryjnych sytuacjach, to przez większość czasu pozostaną nienaruszone.

Przykładem takich produktów jest debet (linia kredytowa w koncie, która pozwala na tymczasowe zejście „pod kreskę”) lub karta kredytowa.

Najczęściej jednak nie są to produkty darmowe. W przypadku debetu płaci się roczną prowizję za udostępnienie kredytu (np. 2% od całkowitej sumy przyznanego limitu). W przypadku większości kart kredytowych trzeba liczyć się z opłatą roczną.

Zachowanie płynności w domowym budżecie jest bardzo ważne, zwłaszcza gdy mamy jakieś stałe i nieprzesuwalne wydatki, takie jak rata kredytu mieszkaniowego. Wtedy, w sytuacji awaryjnej, zamiast dzwonić do banku i negocjować przesunięcie terminu, możemy sięgnąć do środków odłożonych właśnie na takie okoliczności.

Fot Flickr / Images of money 

Ogólne Pułapki finansowe: oszczędzanie na wszystkim

  • 10 lutego 2012
  • Krzysztof Sobolewski
  • 7 comment

Tak, tak. Oszczędzając pieniądze też można wpakować się w kłopoty finansowe!

Zwłaszcza, gdy stawiamy sobie zbyt ambitne cele, chcemy dojść do nich zbyt szybko lub po prostu ciężka sytuacja zmusza nas do (zbyt!) drastycznych cięć w domowym budżecie.

Utrzymywanie wydatków blisko niezbędnego minimum może być dobrym rozwiązaniem w sytuacji kryzysowej, ale na dłuższą metę jest szkodliwe.

Można sobie bardzo łatwo wyobrazić skutki takiej przesadnej oszczędności. Zwłaszcza teraz – zimą.

Zbyt radykalne oszczędzanie na ogrzewaniu to prosta droga do – co najmniej – przeziębienia. I na pewno sporego niezadowolenia innych domowników.

Krok dalej – oszczędzanie na lekarstwach, leczenie się domowymi sposobami i przedłużająca się choroba.

Ten czarny scenariusz można kreślić jeszcze długo…

A przykładów, gdzie nadmierna oszczędność prowadzi do zwiększonych wydatków, jest znacznie więcej.

Jednym z jaskrawszych jest oszczędzanie na jedzeniu. W tym przypadku kierowanie się wyłącznie ceną może prowadzić do problemów ze zdrowiem, gorszego samopoczucia, czy częstego uczucia zmęczenia. A to dlatego, że najtańsze produkty mają w swoim składzie dużo różnych „zapychaczy”, chemii i cukru. Tak jak napoje (cukier) w miejsce soków, czy tanie wędliny (woda) w miejsce tych lepszej jakości.

Przy zakupie jedzenia cena nigdy nie powinna być jedynym kryterium.

Kierując się jedynie ceną przy zakupie innych produktów – np. AGD czy elektroniki – skazujemy się na dość niski komfort pracy z urządzeniem. Zamiast wygody i ułatwiania sobie życia skazujemy się na frustrację.

Nie wspominając o prawdopodobnie szybkiej wizycie w serwisie.

Wybierając rower (zima to akurat bardzo dobry moment na taki zakup!) też można wybrać tanią opcję za kilkaset złotych z hipermarketu, albo sprzęt dobrej firmy (od ok. 1000 zł w górę).

Wybór tego pierwszego to niemal na pewno mniejsze bezpieczeństwo jazdy, znacznie mniejszy komfort i szybka wymiana podzespołów. „Marketowe” rowery znane są z tego, że potrafią się dosłownie rozlecieć podczas normalnej jazdy.

Wydajesz mało na starcie, ale potem dokładasz, dokładasz i dokładasz. Albo płacisz całkiem inną cenę – poświęcając zdrowie lub komfort.

Oszczędzających po prostu nie stać na najtańszą opcję.

Co oczywiście nie oznacza, że zawsze tanie = złe. Dookoła jest mnóstwo okazji, dzięki którym można dokonać naprawdę dobrego zakupu za niską cenę.

Tym niemniej, trzeba uważać. Przyjęło się, że naciągnąć chcą nas ci, co życzą sobie wysokich cen za swoje produkty. Tymczasem, równie łatwo jest dać się naciągnąć komuś, kto sprzedaje za podejrzanie niską cenę.

Fot. Flickr / 401K 

Ogólne Pułapki finansowe: życie od pierwszego do pierwszego

  • 6 lutego 2012
  • Krzysztof Sobolewski
  • 3 comment

Niektórzy lubią życie na krawędzi. Ten dreszcz emocji kiedy do końca miesiąca zostało jeszcze kilka dni i tylko kilkadziesiąt złotych w portfelu. I do końca nie wiadomo: starczy czy nie starczy? Wypłata przyjdzie w terminie czy spóźni się kilka dni (co wtedy)? Czy w międzyczasie mogą pojawić się jakieś nieprzewidziane wydatki (oby nie)?

Permanentne poczucie zagrożenia, gorączkowe wiązanie końca z końcem, niepokój o kolejną ratę i rachunki.

Czasami z konieczności, a czasami na własne życzenie.

Gdy maksymalna zdolność kredytowa staje się opcją optymalną. Ile bank daje – tyle biorę. W końcu pracują tam specjaliści, którzy wiedzą co robią i policzyli, że stać mnie na spłatę rat w takiej wysokości. Prawda?

Niestety nie. Sprzedawca w banku czy u pośredników finansowych otrzymuje prowizję zależną od tego ile Ty zapłacisz bankowi. A im większy kredyt, tym więcej płacisz. Rzadko kiedy bankowcy zadają sobie trud rzetelnej analizy domowych finansów klienta, by na tej podstawie podsunąć właściwie rozwiązanie.

Raczej dominuje postawa typu „wpiszemy we wniosku, że ma pani mniejsze wydatki, by lepsza zdolność wyszła”.

Gdy kolejne wydatki okazują się ważniejsze niż oszczędności. Zawsze znajdzie się coś, na co można wydać pieniądze. Spełnienie zachcianki „tu i teraz” całkowicie przysłania korzyści, które można odnieść w przyszłości – oszczędzając. Wyrzuty sumienia po impulsywnych zakupach nie biorą się znikąd.

Gdy limit kredytowy w karcie jest wymasowany. I to jest jego naturalny stan. Nie zero – tak jak powinno być – tylko zadłużenie „pod korek”. Miesięczne spłaty zamiast chronić przed przekroczeniem grace period, po prostu ponownie otwierają drogę do rozbuchanych wydatków i bezrefleksyjnych zakupów.

Gdy trudno pozbyć się starych nawyków. Trudno rozstać się z przywilejami i przyjemnościami, do których się przyzwyczailiśmy. Nawet gdy chodzi o taki drobiazg jak latte w drodze do pracy czy „jedzenie na mieście” w co drugi, co trzeci dzień.

Takie niewielkie wydatki biorące się z tych nawyków nawarstwiają się i skutecznie przyczyniają się do tego, że na koniec miesiąca pieniędzy zaczyna brakować.

Zrywanie z tymi nawykami zazwyczaj zaczyna się od postanowienia „w następnym miesiącu będzie inaczej”. I zazwyczaj na tym się kończy.

A jak naprawdę przerwać ten cykl życia od wypłaty do wypłaty?

  1. Najpierw płać sobie. Za każdym razem, gdy dostajesz wypłatę (lub: klient płaci fakturę) odkładaj część dla siebie – jako oszczędności. A wszystkie swoje mniej lub bardziej konieczne wydatki finansuj z tego, co zostanie. Już w pierwszym miesiącu zauważysz różnicę.
  2. Zacznij budować fundusz awaryjny. Nawet małymi krokami, choćby po 50 zł czy 100 zł miesięcznie. Niespodziewane wydatki to jeden z najczęstszych czynników, który sprawia, że domowy budżet jakoś nie może wyjść na plus pod koniec miesiąca.
  3. Rób zakupy z listą. Kupuj tylko to, co potrzebne. Ograniczając w ten sposób impulsywne zakupy uzyskasz więcej luzu w budżecie.
  4. A może to nie wydatki są problemem tylko druga strona bilansu? Sprawdź możliwości zwiększenia swoich dochodów.

Tymi sposobami można zacząć budować swoje bezpieczeństwo finansowe.

Fot. Flickr / midbb 

Brakuje Ci pieniędzy? Weź z przyszłych wypłat! Pieniądze, których jesteśmy (prawie) pewni, ale których jeszcze nie mamy, to często duża pokusa.

Bardzo łatwo wpaść w różne pułapki finansowe. W gruncie rzeczy, to wszyscy dookoła nam to ułatwiają: banki, choć ostatnio ostrożniejsze, kuszą szybkimi kredytami, sklepy pozwalają na zakupy na raty, limit karty kredytowej wydaje się taki wysoki…

Do tego reklamy, presja znajomych i rodziny i masa innych czynników.

Czasami trzeba się sporo natrudzić, by wśród tego wszystkiego znaleźć rozsądną drogę w zarządzaniu swoimi domowymi finansami.

Jedną z takich sprytnych pułapek jest wydawanie pieniędzy, których się nie ma.

Jest ona o tyle przebiegła, że wpadamy w nią, choć możemy zauważyć ją już z daleka.

Jak to działa?

Chyba najprostszym sposobem, by dać się zwieść wydawaniu pieniędzy, których się nie ma jest przekonanie, że te pieniądze kiedyś się pojawią. Przecież za miesiąc dostanę kolejną pensję. Przecież w połowie roku mam dostać premię. A w kwietniu zwrot podatku.

I tak dalej… Niektórzy planują swoje finanse w taki sposób nawet na kilka wypłat do przodu!

Sprzyja temu dostępność kredytów, karta kredytowa w kieszeni – naprawdę łatwo wydawać dziś czyjeś (najczęściej banku) pieniądze. Zwłaszcza mając tak silne usprawiedliwienie jak „na pewno oddam z przyszłej wypłaty”.

Co potem? Kolejne miesiące pracuje się na spłatę rat. I na odsetki, prowizje… bo przecież kredyty kosztują.

A w międzyczasie kolejne pokusy przecież nie znikają. Z portfela uciekają więc kolejne pieniądze, być może pojawiają się kolejne kredyty. Raz uruchomioną maszynę wydawania pieniędzy z przyszłości trudno zatrzymać – można żyć kilka pensji do przodu przez kilka miesięcy lub nawet lat.

Taki stan może trwać i trwać – aż do momentu, gdy nie pojawi się jakaś nieprzewidziana sytuacja, która utrudni spłatę narastających rat, czy zmusi do zaciągnięcia kolejnych pożyczek.

Jakikolwiek nie byłby to kredyt, to i tak obciąża on domowe finanse. Spłatę rat trzeba dopisać do listy miesięcznych zobowiązań, no i oczywiście mieć za każdym razem środki na spłatę. Im więcej takich sztywnych zobowiązań, tym mniej elastyczny robi się budżet domowy. A więc mniej przygotowany na nieprzewidziane wydatki.

W skrajnym przypadku może dojść do przekredytowania, czyli momentu, w którym w domowym budżecie nie ma już więcej środków na spłatę kredytów.

Jak tego unikać?

Potrzebna będzie silna wola i umiejętność odraczania gratyfikacji.

Nie wydawaj pieniędzy, których nie masz! Nieważne, że będziesz je mieć w przyszłym miesiącu. Jeżeli płacisz kartą kredytową, to możesz wspomóc się sposobem, który opisaliśmy w jednym z poprzednich artykułów: na bieżąco monitoruj stan bieżących środków. To jest Twój limit wydatków, a nie limit w karcie kredytowej (zwłaszcza, że banki proponują bardzo wysokie limity, idące nawet w kilkadziesiąt tysięcy).

Każdy większy zakup przemyśl dłużej. Nie kupuj pod wpływem impulsu. Dobrą regułą przy zakupach za kilkaset złotych / kilka tysięcy jest jeden dzień namysłu na każde 100 zł, które mamy wydać.

Spłać swoje kredyty konsumenckie do końca zanim pomyślisz o kolejnych zakupach.

Życie z mniejszymi obciążeniami finansowymi, bez presji banków i bez potrzeby dopasowywania się pod harmonogram rat jest naprawdę dużo łatwiejsze i przyjemniejsze!

Fot. Flickr / macattck Pułapki finansowe

Nowe zasady dotyczące cookies. Używamy plików cookies do zapewnienia Ci wygodnego korzystania z serwisu, gromadzenia danych analitycznych i statystycznych oraz wyświetlania reklam dostosowanych do Twoich preferencji i przeglądanych treści. Kontynuując przeglądanie zgadzasz się na wykorzystanie plików cookies w powyższym celu przez nas (Kontomierz.pl sp. z o.o.) i naszych partnerów. Możesz zmienić warunki przechowywania i dostępu do plików cookies, w tym zablokować te pliki, w ustawieniach przeglądarki. W związku z korzystaniem z serwisu przetwarzamy również dane osobowe. Zapoznaj się z polityką prywatności Kontomierz.pl, aby dowiedzieć się więcej o przetwarzaniu Twoich danych osobowych i plikach cookies.